Recenzje
sobota, 07 listopada 2009
Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2009
To nie jest mój pierwszy kontakt z McEwanem. Bardzo podoba mi się jego styl, chłodny, elegancki, a zarazem pełen pasji. Najlepsza jest (nie będę oryginalna) Pokuta, ale równie dobre - Amsterdam, Dziecko w czasie, Niewinni, nieco może słabsze Przetrzymać tę miłość i Na plaży Chesil. Przede mną jeszcze, omawiany na wielu blogach, Betonowy ogród oraz Sobota i Ukojenie.
Nie wiedziałam, że McEwan debiutował opowiadaniami, wydanymi w tym właśnie zbiorku. Odkryłam to dopiero teraz, po ich przeczytaniu. I jestem zdumiona, jak dojrzałe już wtedy było jego pisarstwo. W tym wypadku trudno mówić co prawda o uroku, jaki rzuca na czytelnika, bardziej jest to porażenie. Porażenie zarówno doskonałym warsztatem, jak i doborem tematów: mrocznych, ostrych, perwersyjnych, kontrowersyjnych, naturalistycznych, czasem surrealistycznych. McEwan zdaje się nie bać żadnego tematu, nie ma żadnych tabu. Trudno się otrząsnąć po tak piorunującej dawce.
McEwan bierze pod lupę temat obsesji (skąd się w nas biorą, czy siedzą w każdym z nas?), temat kat - ofiara, niewinne dziecko - wykorzystujący je dorosły; dewiacje pojawiające się jak narośl w umysłach zwyczajnych, z pozoru normalnych ludzi; obsesyjne, złe myśli rodzące się w głowach gospodyni, "normalnego" męża, przeciętnego nastolatka; konsekwencje zepchnięcia na margines ludzi nieco innych, naznaczonych na przykład brzydotą, czy jakimś innym piętnem... Pisarz niczym nie ogranicza swojej obsesyjnej wyobraźni, aż strach się bać i przerzucać kolejną kartkę z lęku przed tym, czym może zakończyć się niewinnie rozpoczynające się opowiadanko. Efekt opowiadań wzmacnia to, że pisane są zazwyczaj w pierwszej osobie i często prostym, lakonicznym językiem, przez co silnie odczuwamy, że tak, to zło może tkwić w każdym z nas. Interesujące są także środowiska społeczne, w których McEwan umieszcza akcje opowiadań, wewnątrz których zło się rodzi, wykluwa, rośnie - małe miasteczko, przedmieścia Londynu, dzielnice robotnicze, ale także rodzina inteligentów, czy środowisko artystów teatralnych...
W pierwszym opowiadaniu Stereometria zajęty sobą intelektualista, o którym żona mówi: ty masz tylko w głowie te swoje książki. Grzebiesz się w przeszłości jak mucha w gównie oraz pogubiona i nie mająca celu w życiu Maisie, przeżywają kryzys małżeński. Myślę sobie - wokół mnie wiele jest takich oddalających się od siebie par. Padają okrutne, zamykające porozumienie słowa, czasem pojawiają się (nieudane) próby pogodzenia się... Podczas awantury Ona tłucze osobliwą pamiątkę rodzinną... On mści się okrutnie - odtwarza przedziwny eksperyment pradziadka, którym jest obsesyjnie zafascynowany - sztuczkę o znikającej płaszczyźnie. Makabryczny surrealizm - czym mogą grozić nasze złe myśli, które wymkną się spod kontroli...
W twórczości McEwana często pojawiają się wątek dorastania, tracenia niewinności dziecka. Szalona wyobraźnia plus gra hormonów to, w przypadku nastolatków, mieszanka piorunująca. Dorośli, jak sugeruje McEwan, nie zdają sobie sprawy z tego, czym żyją, jakie są ich nastoletnie dzieci. Ojcowie harują, żeby raz na jakiś czas dać dziecku jakieś kieszonkowe, a tymczasem taki bohater opowiadania pt. Domowym sposobem śmieje się w kułak ze swojego ojca-robotnika, bo sam lepiej "zarabia" kradnąc w sklepach. Ten przyjemniaczek ma kolegę, który wprowadza go w zakazany świat dorosłych i młodszą, niewinną siostrzyczkę... Temat wchodzenia w dojrzałość, pierwsze, nieumiarkowane próby bycia dorosłym i przechodzenia, w niekontrolowany sposób, na tę drugą stronę, ocieranie się o zakazy kulturowo-obyczajowe to powtarzający się motyw twórczości McEwana. Pisarz nie dokonuje analizy, niczego wprost nie nazywa, po prostu podąża tokiem myślenia 14-letniego chłopca. Czy to możliwe, aby zwyczajny nastolatek pogardzał wszystkim, co nie należy do wąskiego zbioru zainteresowań dorastających chłopców? Czy obsesyjne myśli o jak najszybszym przekroczeniu progu dorosłości są tak powszechne i tylko krok może dzielić większość nastolatków od....czego? - patologii, kłamstwa, podstępu, upokorzenia, moralnego zepsucia? A jeśli nawet ocieranie się o takie doświadczenia (a może tylko fantazje) jest bardzo powszechne, to jednak przecież nie wszyscy zostaną dewiantami. Od razu rodzi się we mnie pytanie - czy można, i jak, temu zapobiec?
Opowiadanie Ostatni dzień lata uwodzi leniwą atmosferą małego miasteczka nad rzeką, po czym przeraża, szokuje zakończeniem, do którego autor w żaden sposób nas nie przygotowuje. Powolny nurt rzeki (motyw powracający w kilku opowiadaniach), spokój nudnego życia, szczególna wolność i sielanka pewnego upalnego lata skutecznie zwodzi czytelnika i czyni go bezbronnym, nie przygotowanym na finał. Osierocony przez rodziców, samotny chłopiec żyje w domu swojego brata, będącym czymś w rodzaju komuny. Zaprzyjaźnia się z ciepłą i dobrą Jenny, która w jego życie wprowadza normalność, stałe rytuały, zwyczajne rozmowy; zaczyna prowadzić cały dom, dbać o jedzenie, sprzątanie, ubranie i po prostu matkować zarówno chłopcu, jak i malutkiej Alice, córeczce jednej z sublokatorek. Choć inni traktują Jenny jakby była poza nawiasem, jakby nie była taka sama jak oni wszyscy, dla niego jest najlepszą przyjaciółką. Dużo czasu spędzają pływając łódką po rzece....aż do ostatniej niedzieli przed rozpoczęciem szkoły. Czy coś nas może przygotować, ostrzec przed nieodwracalnym okrucieństwem losu?
W kolejnym, chyba najbardziej wstrząsającym, opowiadaniu pt. Motyle znów pojawia się motyw rzeki, która teraz zmienia się w ponury, złowieszczy kanał, w jakiejś nieciekawej dzielnicy Londynu. McEwan w podstępnym, mistrzowskim stylu ukazuje patologiczną logikę umysłu seksualnego dewianta. W ten sposób, jakby bez naszego przyzwolenia, dajemy się wciągnąć w przerażającą spowiedź, której świadomie wolelibyśmy nigdy nie poznać....
W innym, doskonałym opowiadaniu Rozmowa z człowiekiem z szafy McEwan, z brutalną - bo jakżeby inaczej - szczerością - wchodzi w świat dorosłego mężczyzny, który nie miał szansy na wydostanie się z koszmaru dzieciństwa (a właściwie z łona matki), w gruncie rzeczy pozostając emocjonalnym i społecznym niemowlęciem. Spójrzcie, do czego może doprowadzić patologiczna nadopiekuńczość matki! Znów przerażające, wnikliwe studium umysłu mężczyzny (nazywanego przez swego prześladowcę Wypłoszem), który skazany został na zupełne niedostosowanie i, po paru koszmarnie nieudanych próbach wejścia w "normalne" społeczeństwo, coraz bardziej pragnął izolacji i bezpieczeństwa, której tylko częściowo mógł zaznać w specjalnym ośrodku, a potem podczas krótkiego pobytu w więzieniu. Nie chcę być wolny. Dlatego zazdroszczę niemowlętom, które widzę na ulicach, pozawijane na rękach matek. Chciałbym być jednym z nich. (...) Dlaczego muszę chodzić, pracować, gotować sobie i wykonywać setki czynności, które należy powtarzać codziennie, żeby utrzymać się przy życiu? Ech.... pewnie każdy czasem marzy o możliwości przeżycia, choćby na chwilę, takiego regresiku :). Motyw bezbronnego, osieroconego chłopca i wykorzystującej go, zaspokajającej swoje perwersyjne przyjemności kobiety, pojawia się również w innym miejscu, w opowiadaniu pt. Przebrania.
Z kolei w tytułowym opowiadaniu Pierwsza miłość, ostatnie posługi McEwan zaskakuje chyba najbardziej. Każdy z nas zna stereotyp pierwszej miłości, z definicji zmysłowej, szaleńczej i radosnej eksplozji zmysłów. Czy naprawdę ten stan fizycznego zbliżenia tak bardzo podobny jest letargowi, że może wybudzić nas z niego tylko jakieś doświadczenie bliskie śmierci?
Konfrontacja ze śmiercią, brutalnością życia, dewiacjami chorych umysłów - tych opowiadań nie można nazwać przyjemnymi, całe to zło diabelnie wciąga, żeby za chwilę zaskoczyć, wstrząsnąć. Pozostaję pod wrażeniem... Polecam, ale chyba lepiej jest je poznawać je bez uprzedniego nastawienia się na ten typ lektury, tak z zaskoczenia, nagle, bez czytania o nich czegokolwiek przedtem. Wobec tego, nie czytajcie tego, co wyżej napisałam ;-) Albo jak chcecie, na własną odpowiedzialność ;-).
Moja ocena: 5/6
niedziela, 01 listopada 2009
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2008
Amitav Ghosh urodził się w Kalkucie w 1956 roku. Do niedawna mieszkał w Nowym Jorku, jest historykiem, doktorem antropologii społecznej, wykładał również literaturę. Obecnie przeprowadził się na Goa i pracuje nad nowym cyklem powieściowym, którego pierwsza część Sea of poppies nominowana była do nagrody Bookera 2008.
Żarłoczny przypływ to powieść o egzotycznej krainie położonej na krańcu świata. Krainą przypływów nazywa się archipelag wysp Sundarban na południu Indii, na pograniczu Indii i Bangladeszu, w delcie Gangesu. To największy na świecie obszar lasów namorzynowych, unikalny, dziwny, niesamowity ekosystem, nieprzyjazny i wrogi człowiekowi.Nie istnieją tu żadne granice oddzielające słodką wodę od słonej, rzekę od morza.
Ghosh jest erudytą, znawcą antropologii, geografii i historii tej części świata. Znakomicie porusza się również w zakresie biologii i ekologii. Wiedzę tę przekazuje czytelnikowi w nienatrętny, swobodny i niezwykle interesujący sposób. Mam jednak świadomość, że niektórych może nieco znużyć ilość pobocznych wątków i szczegółów. Autor przede wszystkim jednak doskonale opowiada, buduje klimat, rozpala ciekawość, zaskakuje zakończeniem.
Ta książka ma w sobie wszystko, co lubię: egzotyczny koloryt miejsca prawie na końcu świata, dobrze opowiedziane, wciągające ludzkie historie, dramatyczne wydarzenia z przeszłości, doskonałą warstwę psychologiczną z niejednoznacznymi postaciami, realistyczne szczegóły przyrodnicze, geograficzne, antropologiczne, znakomicie wpisane w główny nurt powieści. Bohaterem, na równi z postaciami ludzkimi, jest nieobliczalna, nieposkromiona, żarłoczna natura. No i ten specyficzny nastrój, pewna nieuchronność losu, tajemnica, która wisi nad bohaterami, jak czarne chmury przed huraganem, co sprawia, że nurt książki bardzo wciąga i trudno się od niej oderwać. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to zbytnia czasem sztuczność i książkowość dialogów.
Na początku XX wieku bogaty Szkot, Daniel Hamilton, kupił od rządu brytyjskiego w Indiach 10 tys. akrów krainy przypływów. Wtedy nikt tam nie mieszkał. Tylko kada ar bada: błoto i namorzyny. I gdziekolwiek się spojrzało, wszędzie czyhały drapieżniki – tygrysy, krokodyle, rekiny, lamparty. Wcześniejsi mieszkańcy nie dali sobie rady z żarłoczną naturą, nękani sztormami i ogromnymi falami tsunami, porzucili wyspy. Sir Hamilton uznał, że z tej krainy opuszczonej przez ludzi, stworzy coś w rodzaju oazy szczęśliwości i równouprawnienia: wszyscy mieli razem mieszkać i razem pracować, bez uprzedzeń i podziałów, ludzie nie będą wykorzystywali się nawzajem, będą sprawiedliwie dzielili się plonami. Biedacy z innych stron Indii i Bangladeszu desperacko szukali ziemi, a tu była za darmo. Archipelag został ponownie skolonizowany, jednak marzenie o bezpiecznym życiu okazało się utopijne. Te wyspy zdają się nadal przyciągać idealistów, utopistów, marzycieli.
Wyobraźcie sobie małe wysepki lądu, walczące codziennie z żarłocznym przypływem. To, co jest lądem, w czasie sztormu może stać się wodą, zatopić kruche ludzkie siedziby. Żarłoczne są także tygrysy, napadające na ludzi, budzące lęk, wywołują zabobonną trwogę, ich imienia nie wolno wypowiadać. Historie o tygrysach są oficjalnie ukrywane. Rząd celowo ukrywa prawdziwe dane o śmiertelnych wypadkach pożerania ludzi, tygrysy są bowiem pod ochroną, mimo że znacznie podniósł się próg agresji tych zwierząt. Sposoby, w jaki ludzie próbują sobie z nimi radzić budzą przerażenie, ale i podziw dla ludzkiej pomysłowości. Co kilka lat pojawiała się nowa teoria próbująca wyjaśniać zachowanie tygrysów: np. taka, że upodobanie tygrysów do ludzkiego mięsa wiąże się z niedostatkiem słodkiej wody, w związku z tym zaczęto tę wodę zwierzętom dostarczać (nieważne jak bardzo spragnieni byli ludzie). Wiedza o zachowaniu i zwyczajach tygrysów, skrupulatnie przez lata zbierana, okazuje się niewystarczająca. Mieszkańcy wysp pozostawieni są sami sobie, opuszczeni zarówno przez rząd, jak i przez organizacje ekologiczne mające poparcie finansowe Zachodu. Polowania na tygrysy, ich odstrzał są bowiem zakazane. W utworzonym przez państwo rezerwacie to tygrysy są ważniejsze od ludzi... To jeden z wielu paradoksów, z jakimi konfrontujemy się w książce Ghosha.
W Żarłocznym przypływie Ghosh, z brutalną szczerością, obnaża wątpliwą etykę postaw proekologicznych, ujawnia konflikty społeczne pomiędzy dążeniem represjonowanych ludzi do normalnego życia, a zasadami ochrony naturalnego środowiska. Rząd stosuje nieludzkie środki wobec uchodźców, którzy osiedlili się na jednej z wysepek. Ogromne kontrowersje budzą przymusowe wysiedlenia w imię wartości ekologicznych, po to, aby zachować dziewiczą przyrodę i park narodowy.
Niesamowita sceneria krainy przypływów zostaje na długo w pamięci. Tu natura jest wyzwaniem, jej ujarzmienie to główny, codzienny problem ludzi. Walka z siłami natury kształtuje, zmienia ludzkie losy, charaktery. W książce cały czas przewija się pytanie - na ile społeczności ludzkie są elastyczne, na ile mogą dopasować się do skrajnie trudnych warunków? Ale nie tylko dlatego życie na wyspach jest tak ciężkie. Nad społecznością jednej z opisywanych wysp, o nie do wymówienia przez Polaka nazwie Morićdźhampi, zawisa groźba wysiedlenia. Mieszkańcy wchodzą w konflikt z rządem - uciekli z rządowego obozu przesiedleńczego i skolonizowali tę małą wysepkę. Konflikt kończy się krwawymi zamieszkami i przegraną tubylców. Ten dramat poznajemy z dziennika pisanego przez Nirmala, jednego z bohaterów książki.
W krainie tej współczesność nie da się zrozumieć bez przeszłości. Ghosh poświęca dużo uwagi zarówno ludzkim losom, jak i historii tej ziemi. To częste motywy w jego twórczości: los wysiedlonych narodów, konflikty społeczne i represje wobec uchodźców. Poznajemy zatem mniej lub bardziej udane eksperymenty społeczne (np. akcje charytatywne na rzecz owdowiałych lub wykorzystywanych seksualnie i sprzedawanych kobiet, przymusowe wysiedlenia najuboższych wieśniaków i zakładanie dla nich czegoś w rodzaju obozów o charakterze więziennym, wspomniane już krwawe akcje przeciwko nielegalnym osiedleńcom). Znajdziecie tu również historyczne relacje z najtragiczniejszych sztormów i huraganów, które nawiedzały wyspy.
Bohaterami dramatycznych zdarzeń, splątanych niczym drzewa w namorzynowym lesie są: Pija – młoda Amerykanka o hinduskich korzeniach, biolog (cetolog), badaczka zwyczajów delfinów, poszukuje, tropi ślady unikalnego delfina słodkowodnego, gangesowego. Pija jest spokojna z natury, czujna, wytrwała, niezwykle skupiona na pracy. Niezależna, krucha a jednocześnie twarda, konsekwentna, zadziwia pasją, determinacją. Przyjeżdża do krainy przypływów, aby zrealizować swój skromny projekt badawczy. Czuje się tu obco, nie zna bengalskiego i potrzebuje pomocy: przewodnika, tłumacza. W pociągu spotyka Kanaja, który zaprasza ją do odwiedzin na wyspie Lisubari. Wyruszając na wyprawę tropem delfinów napotyka na niespodziewany opór ze strony tubylczych przewodników. W dramatycznej chwili ratuje ją zwyczajny rybak - Fokir. Zaczyna się subtelna i niedookreślona gra pomiędzy trójką bohaterów. W pewnym stopniu niezależne od nich zdarzenia łączą i dzielą, odpychają i przyciągają zarazem. Kanaj to 41 letni mieszkaniec wielkiego miasta (Delhi), dobrze sytuowany tłumacz, zarozumiały podrywacz, przekonany o swojej nieomylności i działającym na kobiety uroku osobistym. Gdy był chłopcem, został wysłany na „resocjalizację” do cioci Nilimę i wujka Nirmala, poznał wtedy niesamowitą krainę przypływów... Teraz wraca do przeszłości, wezwany przez ciotkę, aby przeczytał pozostawiony mu przez wuja dokument. Kanaj wydaje się być zdystansowany do problemów nękających mieszkańców wysp, ale... to właśnie w nim dokonują się największe przemiany, będące wynikiem fascynacji kobietą i przeczytania niezwykłej historii spisanej w dzienniku wuja. Kanaj pragnie troszczyć się i stać się opoką dla kobiety, a zderza się z własną słabością, musi przeżyć upokorzenie, aby przewartościować swoje życie. Zmienia się w wielbiciela nie tylko Pii ale także tego, co ona symbolizuje – odwagi, walki o swoje przekonania. Zaczyna podziwiać i rozumieć zmarłego wuja, niepostrzeżenie staje się obrońcą praw człowieka w krainie przypływów. Fokir to miejscowy rybak, dzielny, dumny, niezależny, silny. Jest analfabetą, odstaje od swojej ambitniejszej żony, pielęgniarki. Świetny znawca krainy przypływów, jej tajemnic, wnikliwy, czujny obserwator, wyczuwa zagrażające ludziom na wyspach niebezpieczeństwo. Żyje zgodnie z rytmem natury. Bez przerwy obserwuje wodę – nawet jeśli jest tego nieświadomy, (...) potrafi zajrzeć prosto w głąb rzeki. To największy – milczący – bohater tej opowieści, walczący również o prawo do życia ludzi w krainie przypływów. Pija wynajmuje Fokira i jego łódkę do prowadzenia swoich badań nad delfinami. Okazuje się wkrótce że ta dwójka może porozumiewać się bez słów, wyczuwa się wzajemnie. Fokir i Pija mają instynkt przetrwania, „dogadują” się ze zarówno sobą, jak i z naturalnym środowiskiem krainy przypływów.
Kanwą powieści są zmieniające się relacje pomiędzy trójką głównych bohaterów. Pochodzą z całkiem odmiennych światów, a w skrajnie trudnych jednak warunkach, wobec szalejącego huraganu, ujawniają się takie cechy ich osobowości, które dotąd pozostawały w ukryciu. Podróż we troje zmienia ich życie, staje się lekcją zaufania, sprawdzianem na dojrzałość. Ich wzajemne związki pozostają otwarte i do końca nie wyjaśnione, nie zakończone: podskórna rywalizacja o kobietę; rodząca się bezsłowna bliskość pomiędzy Fokirem a Piją; wieloznaczne rozmowy Kanaja z Piją, odkrywające ich prawdziwe poglądy, postawy, uczucia. Kanaj uważa np., że jest współwinny sytuacji ludzi żyjących w krainie przypływów: bo ludzie tacy jak ty wymusili w tym rejonie ochronę dzikich zwierząt, bez oglądania się na cenę życia tutejszych mieszkańców. A ja jestem współwinny, bo ludzie tacy jak ja – Hindusi z mojej klasy społecznej – postanowili ukryć te koszty jedynie po to, by zaskarbić sobie przychylność zachodnich protektorów. Pija z kolei uważa, że nie można ingerować w naturalny porządek świata: gdybyśmy zdecydowali się na wymordowanie innych gatunków, następni byliby ludzie. Dla niej największym wstrząsem jest zbiorowy mord - zemsta na tygrysie – ludożercy.
Czytając tę książkę zastanawiałam się, czy jest możliwe porozumienie się, zbliżenie pomiędzy ludźmi pochodzącymi z różnych warstw społecznych. Na to pytanie Ghosh nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Z jednej strony porozumienie bez słów jest czasem silniejsze, w pewnych okolicznościach tłumaczenie jest zbędne - wszyscy są równi w obliczu żywiołu, podziały społeczne mniej są ważne, nie mają prawa istnieć. Z drugiej zaś strony autor obnaża utopijne, nierealistyczne marzenia o zbudowaniu społeczności równych sobie, mimo że takie idee wydaje się obdarzać sentymentem....
Dystans, jaki dzielił ją i Fokira, był (...) niezmierzony. O czym myślał, gdy wpatrywał się w oświetloną księżycem rzekę? O lesie, o krabach? (..) Sądząc z tego, co wiedzieli o sobie nawzajem, oni dwoje, Fokir i Pija, mogliby istnieć jako drzewa lub bloki skalne: czy nie było zatem lepiej, uczciwiej, że nie mogą rozmawiać? Bo jeśli porównać ich z delfinami, które z echa poznają odbicie świata, mowa jest jedynie zbiorem sztuczek, pozwalających na złudną wiarę, że człowiek może widzieć świat oczami innej istoty.
Na koniec jeszcze jeden fragment dzienników Nirmala, świetnie ujmujący iluzję krainy przypływów: Dla mnie, mieszczucha, dżungla krainy przypływów była pustkowiem, miejscem, gdzie czas się zatrzymał: przekonałem się teraz, że ulegałem iluzji, bo prawda wyglądała dokładnie odwrotnie. Zdałem sobie sprawę, że koło czasu obracało się tu zbyt szybko, by można je było dostrzec. W innych miejscach potrzeba dziesięcioleci, nawet wieków, by zmienić bieg rzeki, całą epokę trwa kształtowanie się wyspy. Ale tutaj, w krainie przypływów, przemiana jest życiową regułą: rzeki zmieniają koryta z tygodnia na tydzień, a wyspy powstają i nikną w ciągu kilku dni. W innych miejscach, zanim odrośnie las, mijają wieki, a nawet tysiąclecia, podczas gdy namorzyny mogą skolonizować wyspę w dziesięć do piętnastu lat.
Ghosh wplata w dzienniki wuja Nirmala fragmenty Elegii duinejskich Rilkego, oto jeden z nich: Zwierzę, ciche i uważne przeziera nas na wskroś. To się nazywa los... Urzekła mnie ta poetycko-realistyczna opowieść o ludzkim losie.
Moja ocena:5,5/6
czwartek, 27 sierpnia 2009
Wydawnictwo W.A.B., 2008
Christopher Hope urodził się w 1944 roku w Południowej Afryce. Jest autorem wierszy i powieści, napisał również autobiografię i biografię dyktatora Zimbabwe, Roberta Mugabe. Kochankowie mojej matki uznawana jest za najlepszą jego książkę.
Tego lata przyciągają mnie książki z Afryką w tle, a więc zapakowałam do walizki doskonale wydaną powieść Hope'a ze zdjęciem Katherine Hepburn w czapce pilotce na okładce. Czy to tylko kwestia pory roku? W każdym razie już w biograficznej Tak ukochanej zachwyciła mnie podróż samotnej bohaterki przez niedostępne Kongo. Podczas wakacyjnego wyjazdu przeniosłam się do Kobiecej Agencji Detektywistycznej w Botswanie i pooddychałam klimatem takiej Afryki, w której czas zatrzymał się w miejscu i nikt donikąd się nie śpieszy. Potem zaś trafiłam na świetną sagę rodzinną, przedstawiającą 50 lat z historii żydowskiej rodziny mieszkającej w Aleksandrii (Wyjście z Egiptu) oraz na awanturniczą powieść Bruce'a Chatwina, gdzie wicekrólem Dahomeju zostaje handlarz niewolnikami... Kochankowie mojej matki świetnie wpisali się w krąg moich aktualnych czytelniczych zainteresowań, bo nie dość, że to powieść o Afryce, to jeszcze o niezależnej, kontrowersyjnej kobiecie, a na dokładkę - o fascynującym, drapieżnym, nieprawdopodobnie zepsutym mieście zła, przemocy, hazardu - Johannesburgu. Ten nurt książki chyba najbardziej mniej zainteresował, aczkolwiek akurat nie szukałam społecznego reportażu... W trakcie czytania książki zmieniłam co nieco nastawienie i (z żalem) zapomniałam o swoich oczekiwaniach. Spodziewałam się, że ta powieść będzie nostalgiczno-romantycznym wspomnieniem o ciekawej kobiecie, a zaprowadziła mnie trochę gdzie indziej, ale była to interesująca przygoda.
A zaczyna się to tak: Pewnego razu zapytałem matkę, kto był moim ojcem. Obróciła ku mnie swe wielkie niebieskie oczy i wyszeptała "nie mam bladego pojęcia" (...) Nie zapytałem ponownie. Powiedziała mi jednak, choć nie pytałem, że przyszedłem na świat pod ciernistym drzewem głogu na afrykańskich równinach, gdy "była z" (podróżowała "z", sypiała "z") z pewnym białym szamanem (...). Zabrał ją - w zaawansowanej ciąży - na bundu, czyli na odległy, bezludny veld, i pozostawił w obozowisku pod kolczastym krzewem głogu, po czym zaopatrzony jedynie w nóż i woreczek soli, wyruszył na pustkowie, by polować na dzikie pszczoły i drobną zwierzynę.
Rola domniemanego ojca ograniczyła się w życiu autora jedynie do tego, że wrócił jednak z polowania i przeciął pępowinę pewnym ruchem myśliwskiego noża. Biały szaman, Huntley, był postacią znaną w Afryce - bo tylko z takimi Kathleen się przyjaźniła - pisano o nim książki. Podobno umiał sprowadzać deszcz, rozmawiać z wężami. Czy był w końcu moim ojcem? - o to autor nie zdążył go już zapytać.
Czytelnik spodziewa się, zapewne tak jak ja, że urodzony w takich warunkach chłopiec stanie się prawdziwym, wiernym dzieckiem Afryki, jej piewcą, jej admiratorem. Jednak nie - mimo, że to Afryka go ukształtowała - narrator ucieka od niej, jak najdalej od matki ją symbolizującej, przez 20 lat życia podróżując po innych egzotycznych miejscach świata jako sprzedawca urządzeń chłodniczych - ktoś w rodzaju komiwojażera, jak uszczypliwie określała go matka. Jak sam jednak przyznaje - rzucając się w wir egzotycznych podróży - powielał wzorzec wyssany z mlekiem matki: to ona była wzorem, który ukształtował mój wieczny niepokój i kazał mi pozostawać w ciągłym ruchu.
Sądząc po tytule książki spodziewałam się również czegoś bardziej może śmiałego obyczajowo, a tu okazało się, że to trochę inna bajka - powieść ociera się bardziej o reportaż publicystyczny. Mało w niej romantyzmu, nostalgii, wiele za to bezlitosnej krytyki, subiektywnej oceny, sarkazmu, ironii.
O kochankach i związanych z nimi skandalach niewiele się dowiedziałam, więcej zdecydowanie o kobiecie - legendzie, królowej afrykańskiej przestrzeni, która stała się symbolem wolnej Afryki - Kathleen Healey. Narrator, Alexander (autor czerpał z osobistego doświadczenia) pokazuje nam swoją matkę jako ostatnią przedstawicielkę odchodzącego już świata kolonialnej Afryki. Przez większą część powieści robi wszystko, aby pozbawić nas złudzeń, obalić mity o Afryce, rozwiać romantyczne wizje, w które chcielibyśmy wierzyć pamiętając np. książkę Karen Blixen, którą nota bene jego matka dobrze znała i podziwiała: mój Boże, ta kobieta potrafi zabijać lwy! . W pierwszej części książki króluje Kathleen, dla której tak naprawdę liczyła się tylko wolność jaką dawała jej Afryka. Jako jedna z niewielu kobiet w Afryce mogła pilotować samodzielnie, licencję zdobyła w 1938 roku. Latanie niewielkim stinsonem nad gościnną, niepodzieloną wtedy jeszcze Afryka było jej główną pasją, ale umiała ponadto jeździć konno, polować jak mężczyzna i ... robić na drutach, potrafiła też trochę się boksować: przetrwała trzy rundy z Hemingwayem w jakiejś sali w Mombasie, władała kilkoma językami: angielskim, niemieckim, holenderskim, afrykanerskim i suahili. Dla mnie miała pewną męskość wspomina syn. Była też jednak kobieca; ze słabością do kardiganów i dużych skórzanych torebek. Ponadto uwielbiała turbany, ale nie wtedy, kiedy była na safari. W sposób widowiskowo wytworny paliła papierosy i cygara. Myślę, że mój ambiwalentny obraz matki był wyłącznie refleksem jej zadziwiającej osobowości: umiała być poważna i czuła, brutalna i subtelna.
Jej jedyną miłością była Afryka, co bezlitośnie komentuje syn: hołdowała cudownemu obrazowi Afryki, widząc w niej tarczę strzelniczą i bezkresne niebo, a w europejskich podróżnikach - Huntleyach, Livingstone'a i innych - prawdziwe osobowości, a nawet wielkich Afrykańczyków. Dla mnie zaś ludzie pokroju Huntleya, którzy przewinęli się przez nasze życie, nie byli żadnymi mistykami ani cudotwórcami, ale po prostu łotrami spod ciemnej gwiazdy. Trudno zrozumieć, że kobieta wobec syna surowa i nieczuła, potrafiła dać wiele ciepła i miłości niepełnosprawnym dzieciom, pracując jako wolontariuszka w ośrodku Słoneczny Promyk. Trudno dociec, jakie były naprawdę jej relacje z mężczyznami, czy któregoś darzyła cieplejszymi uczuciami.. Traktowała ich przedmiotowo, porzucała, a oni lgnęli do niej jak pszczoły do miodu. Miała niezwykły urok, dar przyciągania, była niebezpiecznie pociągająca. Słynęła z kontrowersyjnych poglądów, niezależności, wojowniczości. O zabijaniu mówiła: nigdy nie zniknie, zawsze będziemy je mieć.(...) Niewolnicy zabijali niewolników, plemiona mordowały się wzajemnie, biali osadnicy zabijali czarnych służących, czarni wyrobnicy odwzajemnili się swoim białym kolonialnym szefom.(..) Zwierzęta zabijali absolutnie wszyscy, a w dżungli na plemię Wambuti czyhają niemal wszystkie inne plemiona....
Latająca matka
Książka jest w dużej mierze próbą zrozumienia i usprawiedliwienia matki, uporządkowania skomplikowanych relacji matka-syn. Alexander, choć odczuwa podziw i dumę, czuje się nieakceptowany i odrzucony przez matkę - nie podziela jej afrykańskich pasji. Kathleen więcej czasu spędza na lotach nad Afryką, polowaniach na safari, niż w domu z synem. Jej stała nieobecność odbija się piętnem na całym jego życiu, wpływa na związki z kobietami. Wszystkie nasze podróże - jej i moje - w istocie były tylko czasem spędzonym na krążeniu wokół siebie. Przez całe dzieciństwo spoglądałem w niebo, wypatrując mojej latającej matki, i udawałem, że widzę jej samolot. Jednak tak naprawdę nigdy jej nie zatrzymałem: dla mnie latała za szybko. Gdy wydostawał się poza jej orbitę szukała go zaniepokojona. Musiała mieć swoich małych satelitów. Gdy Afryka przestaje spełniać jej oczekiwania, gdy odchodzą jej najbliżsi przyjaciele, symbolizujący stare dobre kolonialne czasy, gdy czar dawnej, stylowej Afryki stopniowo pryska jak bańka mydlana, Kathleen czuje się coraz bardziej smutna i samotna. Umierająca prosi syna o powrót do domu i spełnienie jej ostatniej woli.
Trzecia część książki traktuje właśnie o powrocie Alexandra do Johannesburga, gdzie odszukuje przyjaciół matki i przekazuje im osobiste, symboliczne pamiątki: druty do robótek ręcznych, kolekcję broni palnej. Alexander stopniowo ponownie włącza się w nurt życia miasta, zaczyna powoli czuć i myśleć jak Afrykańczyk. Rewelacyjnie sportretowany jest tu pełen kontrastów i napięć społecznych Johannesburg, w którym rządzi zły pieniądz, skorumpowana władza, nacjonalistyczne uprzedzenia, a przede wszystkim przemoc, dotykająca również najbardziej bezbronnych. To najbardziej, moim zdaniem, poruszająca część książki - dramat małego Benny'ego, cierpiącego na zespół Downa, który przypadkowo ginie na ulicach Johannesburga; dramat jego matki Cindy, kochanki, przyjaciółki Alexandra. Cindy nauczyła się jak przetrwać w mieście, jak pozostać przy życiu w mieście o najwyższym bodaj wskaźniku przestępstw na świecie. Wśród 12 przepisów (od: 1. Bądź ostrożny i chroń się przed morderstwem, gwałtem, napaścią, rabunkiem i uprowadzeniem do 12. Współdziałaj albo zginiesz) nie było niestety przepisu na to, jak uchronić przerażonego, autystycznego, upośledzonego chłopca od brutalnego ulicznego napadu. Poprzez swoją politykę biali bogowie, potomkowie pierwszych osadników i późniejsi przybysze, sami do tego doprowadzili. W tym mieście nie da już się żyć.
Hope jest znakomitym znawcą tematu Afryki kolonialnej i postkolonialnej, ma zacięcie socjologiczno-historyczne, a także dziennikarsko-reporterskie. Materiał dokumentacyjny jest doskonale opracowany, ogromnie jednak szeroki, wręcz przytłaczający. Refleksji, polemicznych spostrzeżeń, emocjonalnych często opinii i osobistych ocen, relacji zdarzeń współczesnych i historycznych jest zdecydowanie za dużo, często się powtarzają - nie jest to moim zdaniem materiał na jedną książkę, niestety wiele rzeczy w ten sposób umyka. Trudno zapewne rozstawać się z napisanym tekstem, ale powieść, moim zdaniem, sporo by zyskała, gdyby autor narzucił sobie nieco więcej pisarskiej dyscypliny.
Hope rozprawia się z różnymi utartymi poglądami na temat Afryki, używając dosadnego, emocjonalnego języka kpi z romantycznej aury, w którą wchodziło wielu przyjaciół matki i ona sama także, ocenia i interpretuje fakty historyczne, wypowiadając się np. na temat pierwszych kolonizatorów, niewolnictwa, osadnictwa i gorączki złota w południowej Afryce, wojen burskich, roli dynamitu w historii Johannesburga, na temat segregacji rasowej, ruchów nacjonalistycznych i wyzwoleńczych, korupcji, przemocy, władzy, Afryki zabobonnej i naiwnej, oszukiwanej i wykorzystywanej. Przez książkę przetacza się szereg barwnych postaci (kolejni wujkowie, znani politycy, wojownicy burscy, Albert Schweitzer i inne historycznie ważne dla Afryki osoby, ale także afrykańscy przyjaciele matki - Królowa Deszczu, chłopiec- lampart, para pigmejskich wojowników, osierocony na wojnie chłopiec). Króluje wśród nich Kathleen - doskonała przewodniczka Alexandra po tym całym afrykańskim tyglu, matka, która zamiast zabierać chłopca do kina, pokazywała mu na przykład miejsca związane z historią wojen burskich, zabierała na polowania, nie dając za wygraną, mimo że nie podzielał jej entuzjazmu, która sama dobierała mu (czarnoskórych) przyjaciół..
W Afryce nie brakowało proroków, obieżyświatów, mistyków, żebraków, marzycieli z wilgotnych, północnych krajów Europy, którzy poszukiwali związku z Czarnym Lądem - pisze Hope. Mieli syndrom totalnego nienasycenia. Wszyscy ci faceci mówili to samo: przybyli do Afryki, aby budować koleje, ocalać dusze, rozwijać handel lub położyć kres niewolnictwu (...). Niektórzy chcieli być białymi bogami; inni ogłaszali się tubylcami i zostawali "sangoma" (uzdrowicielami), zaklinaczami deszczu, nawiedzonymi neobuszmenami albo wędrowcami śpiewającymi Panu; kolejni zabierali się za ratowanie dusz, czarnych dzieci i trędowatych, a także za ochronę białych nosorożców. Ale wszystkich tych - handlarzy niewolników, jasnowidzów i "świętych", a także pozujących na szlachetnych białych kolonialistów - łączyło jedno: byli przekonani, że mają "patent na Afrykę i tylko "ich" Afryka jest prawdziwa. Hope stara się udowodnić, że nie zaraził się żadnym afrykańskim szaleństwem, że jego rola to zdystansowany obserwator, komentator, nawet sędzia i szyderca. Afryka jednak nie odpuszcza - przez udział w dramacie małego niepełnosprawnego chłopca zostaje wciągnięty, mimowolnie, w jej drapieżną, okrutną istotę.
Nawet jeśli Hope chciał odebrać Afryce jej magiczną duszę, nie do końca na szczęście mu się to udało i przemycił w książce całkiem sporo pozostających w pamięci obrazów, specyficznie i czysto afrykańskich: na przykład wizytę Kathleen w wiosce Królowej Deszczu, czy szaleńczą próbę "udomowienia" pary pigmejskich wojowników na przedmieściach Johannesburga. I całe szczęście, że nowe, okrutne czasy niecałkowicie stłumiły to, co rdzennie afrykańskie. Książka niewątpliwie jest ciekawą pozycją, polecam ją osobom, które lubią książki na poły publicystyczne, na poły reportażowe, a także mocny, polemiczny, dynamiczny styl narracji oraz tym, którzy chcieliby zobaczyć Afrykę w zupełnie innym, prawdziwym świetle.
Moja ocena: 5/6
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009
Andre Aciman (ur. 1951) jest amerykańskim pisarzem, eseistą i literaturoznawcą, specjalizującym się w twórczości Prousta. Dorastał w Aleksandrii, w rodzinie sefardyjskich Żydów. Wyjście z Egiptu jest kroniką zamożnej żydowskiej, proeuropejskiej rodziny autora, która na początku XX wieku przeniosła się z Konstantynopola do Aleksandrii. Jest to piękna, świetnie napisana powieść o utraconej bezpowrotnie ojczyźnie, a przede wszystkim o niezwykłym miejscu, jakim jest Aleksandria.
Jako dorosły już człowiek, pisarz odwiedza swoich starych krewnych - wujka Wilego w Anglii, kuzynkę Florę w Wenecji, babcię zwaną Księżną i jej siostrę Ester w Paryżu. W różne strony świata rozpierzchła się ogromna, wielopokoleniowa rodzina, której losy śledzimy od momentu przeniesienia się z Grecji do Egiptu w 1905 roku. W Aleksandrii próbują zacząć wszystko od początku, likwidując swoje interesy i swoje życie w innych miejscach. Czy będą w stanie zasymilować się z równie obcym muzułmańskim światem? Wydaje się, że nie ma takiego miejsca na świecie, gdzie Żydzi czuliby się bezpiecznie i u siebie; również najstarsi bohaterowie tej historii przeczuwają, że Egipt nie będzie ich ziemią obiecaną, obawiają się, że zostaną pochowani na cmentarzu, na którym nikogo się nie zna, a najgorsza jest świadomość, że nikt nigdy nie odwiedzi twego grobu i nie umyje liter na kamiennej płycie.
Wuj Wili, którego biografię poznajemy na początku książki to najbardziej barwna, legendarna postać rodziny. Żyd urodzony w Turcji, odrzucił kulturę osmańską na rzecz zachodniej, podczas I wojny światowej walczył we włoskiej armii, potem handlował z faszystami, a w końcu został angielskim szpiegiem, który w uznaniu zasług dostał angielski tytuł szlachecki, zmienił nazwisko i zamieszkał w pięknej posiadłości w hrabstwie Surrey. W zależności od potrzeb zmieniał tożsamość, zdobywał potrzebne przywileje, władzę, no i pieniądze. Dzięki swoim rozlicznym koneksjom, zażyłej znajomości z królem Egiptu Famukiem, ratował rodzinę z opresji, dopóki mógł. Słynął jednocześnie ze swych męskich podbojów, wielkopańskich manier: po prostu żywił głębokie przekonanie, że jest lepiej urodzony od innych oraz ironicznego, pełnego dystansu do żydowszczyzny: I z czego tu być dumnym? W końcu jesteśmy pospolitymi przekupniami. Tak czy nie? Takim retorycznym, ironicznym pytaniem, tak czy nie?, siamo o non siamo? często kończył swoje opowieści wuj Wili. Na pytania pojawiające się w książce, pytania o kulturową tożsamość, wyznawaną religię, poglądy polityczne trudno odpowiedzieć jednoznacznie - tak czy nie? Jesteśmy bardziej Żydami, czy bardziej obywatelami świata? Czy to język francuski, ladino, angielski, grecki czy może hebrajski jest najbardziej właściwy członkom rodziny? Czy powinniśmy zachować stare religijne żydowskie obrzędy, czy też są one już może śmiesznie przestarzałe? Tak czy nie? Na jedno wszakże pytanie, które często pojawiało się w rodzinnych dyskusjach, rodzina długo odpowiadała NIE - mimo coraz trudniejszej sytuacji, coraz większych represji nie chcieli opuszczać Egiptu i barwnej, pięknej Aleksandrii.
Niezwykle ciekawe dzieje rodziny, obejmujące 50 lat, zawierają zarówno wspomnienia autora jako małego chłopca i młodzieńca, jak i wcześniejsze zdarzenia, zwyczajne i przełomowe, dramatyczne i śmieszne: w książce przeplatają się, tworząc barwną mozaikę, prowadzone ze swadą rozmowy i kłótnie, zakupy na targu, przejażdżki po mieście, relacje ze świąt i uroczystości rodzinnych (np. obchody setnej rocznicy urodzin prababci), dramaty chorób i śmierci. W obliczu tragicznych zdarzeń, aleksandryjski dom (a własciwie pałac) starej matki, prababci autora, seniorki rodu, stawał się schronieniem dla całej rodziny. Tu zbierali się wszyscy, naradzali się, biesiadowali (angielskie śniadania jak w najlepszym hotelu), wzajemnie wspierali. Było tak trzykrotnie: w 1942 roku, gdy niemiecka Afrika Korps zbliżała się do Afryki i została rozbita przez Anglików w bitwie pod Al-Alamajn, w 1948 roku, gdy agenci syjonistyczni odkryli szpiegowską działalność wujka Wilego na rzecz Anglików i grozili wszystkim członkom rodziny oraz w 1956 roku podczas wojny sueskiej, gdy nad Anglikami i Francuzami zwyciężył pułkownik Nasser. Ostatecznie, ani jedność rodziny, ani wcześniejsze znajomości towarzyskie i handlowe, ani siła pieniądza nie zapobiegły katastrofie. W 1964 roku, w obliczu szerzącego się antysemityzmu, prześladowań, dyskryminacji i w końcu - nacjonalizacji majątku - rodzina musiała na zawsze opuścić Egipt.
Wcześniej jednak trwały piękne "złote" lata, z pieczołowitością i humorem opisane przez Acimana. Jest tu galeria ciekawych, nietuzinkowych postaci. Autor pisze o nich z ciepłem i miłością, ale bez sentymentalizmu, nie stosując patosu i lukru. Oprócz wuja Wilego poznajemy wspaniałe dwie kobiety, przyszłe babcie autora: Księżną i Świętą, które mieszkając na tej samej ulicy, poznały się dopiero na rybnym targu, a potem wiele lat przyjaźniły się i rywalizowały jednocześnie, również o miłość wnuka. Potem pojawia się córka Świętej, głucha Gigi, w której zakochuje się syn Księżnej. Gigi to matka autora: niepokorna, niepowtarzalna, niezależna, pełna temperamentu al.-tarsha (głucha kobieta). Handlujący na targu Arabowie wszystko, co wiązało się z jej osobą i domem określali w relacji do niej: ojciec głuchej kobiety, dom głuchej kobiety, jej służąca, jej rower, jej samochód, jej mąż. Ona tu była najważniejsza, wzbudzała zarówno szacunek (umiała o dziwo targować się tak, jak nikt inny), ale była też obiektem szyderstw, złośliwości, gdyż jej wrzask często było słychać w okolicy, stanowił jej znak charakterystyczny dźwięki takie wydają z siebie ludzie głusi, gdy odczuwają ból i nie mogą wydobyć z siebie niczego poza tymi przenikliwymi okrzykami, brzmiącymi jak pisk opon kolumny autobusów (...)
Dzieciństwo rozpieszczanego żydowskiego chłopca było słodko-gorzkie, a on sam nie na pewno nie był aniołkiem. Wyznaje, z okrutną szczerością, że wstydził się głuchej matki, przyznaje, jak często unikał jej w obecności kolegów, jak będąc jej uszami prowadził rozmowy telefoniczne w jej imieniu, udając często i przeinaczając ich treść. W królestwie słów była kimś obcym, potrzebowała pomocy. I jak stopniowo docierała do niego prawda o jej głuchocie: dopiero wówczas zaczynałem pojmować, co znaczy być na świecie zupełnie samemu i biegłem szukać jej w tym domu milczącym i pustym. Moje myśli były jej myślami, tak samo jak jej myśli były moimi. Ta zależność męczyła go, a zarazem stanowiła sens ich relacji, trudnej miłości.
Pomimo tego, że członkowie rodziny tak dobrze czuli się w Aleksandrii, nie potrafili/nie chcieli zasymilować się całkowicie, odczuwali wyższość, a niektórzy z nich nawet pogardę, wobec tego, co etnicznie arabskie. Seniorka rodu, która 50 lat spędziła w Egipcie, nie znała nawet podstaw arabskiego i - jak mówi anegdota rodzinna - zamiast poprosić służącego o pościelenie łóżka zaprosiła go DO łóżka. :-) A ojciec pisarza nie tolerował etnicznych zapachów, wychodząc z założenia, że im bardziej zeuropeizowana rodzina, tym bardziej dom, ubrania i kuchnia powinny być wyzute z wszelkiej woni. Nic nie było go w stanie przekonać do służącej Azizy, za którą ciągnął się uporczywy zapach hilby*, którym przesiąkały ubrania i ciało. Prowadził o to z żoną nieustanne walki. Po tym zapachu można było odróżnić Egipcjan, nawet wtedy, gdy deklarowali, że całkowicie porzucili narodowe zwyczaje. Autor zauważa, że w każdym domu obecny jest jakiś etniczny zapaszek np. zapach potraw, przypraw stosowanych w kuchni. Ciekawe, jaki zapach mają amerykańskie domy, pewnie tylko zapach środków czystości firmy Amway, taki zapach cywilizowany ;-). W każdym razie, to co arabskie było niemile widziane, a jakże gorszące były zainteresowania małego chłopca, jego naturalne kontakty z arabskim światem, doskonała komunikacja ze służącymi w ich domowym przytułku. W tym świecie mały A.A. czuł się jak ryba w wodzie. Uwielbiał także przejażdżki po Aleksandrii - czy to motocyklowe, czy tramwajowe, kochał kąpiele nad morzem, wspólne rodzinne wyprawy do kina, puszczanie latawców. Co roku cała rodzina wyprawiała się do letniego domu w Mandarze i tam oddawała urokom lata. Wspaniale czytało mi się o wyprawach nad morze, rodzinnych rytuałach z tym związanych, kąpielach i plażowaniu, gdy sama wygrzewałam nad polskim Bałtykiem, a najważniejszą informacją dnia było - tak jak dla młodego bohatera książki - jakiego koloru jest morze, czy są fale, czy powierzchnia jest gładka prawie jak lustro: Wrzask dzieci goniących fale oznaczał, że morze jest wzburzone. Przychodziły tez dni, kiedy z plaży nie dobiegały żadne odgłosy - ani krzyki chłopców, ani szum morza, ani glosy handlarzy - zupełnie nic; panowała taka cisza, jak gdyby coś stłumiło wszystkie dźwięki - wtedy wiadomo było, że woda jest "gładka jak plama ropy", jak mówiła ciotka Flora, nie było na niej ani jednej zmarszczki. A bardzo blisko była majestatyczna, afrykańska pustynia...
Portretowana rodzina to na pewno nie małomiasteczkowi, zaściankowi Żydzi, to rodzina szczycząca się kosmopolitycznymi poglądami, prozachodnią orientacją. W związku z tym jako dziecko pisarz nie miał pojęcia, jakiego kraju jest obywatelem (wydawało mu się, że Francji); nie znał Biblii, nic nie wiedział o przejściu Żydów przez Morze Czerwone. Rodzina martwiła się o jego wiedzę i pospolitowanie się z arabskimi służacymi - został zatem wysłany do Victoria College, koszmarnego, wzorcowego przybytku pseudowiktoriańskiej edukacji, gdzie doznał samych właściwie upokorzeń i kar, musiał na przykład nauczyć się na pamięć arabskiego wiersza szydzącego z Żydów. Atmosfera w Egipcie stawała się coraz cięższa, kipiała od nienawiści wobec Yahud, przenosiło się to w bezpośredni sposób na samopoczucie chłopca w szkole, gdzie wkrótce był już tylko jedynym Żydem. Na szczęście rodzice w porę wypisali go ze szkoły. Potem miał kilku korepetytorów (ojciec uważał, że powinien znać arabski) i bezmyślnie przepisywał, jak średniowieczny skryba, długie arabskie wersety; inny nauczyciel, widząc zafascynowanie chłopca Homerem, nauczył go greki.
Marzenia rodziny, że uda się w Aleksandrii pozostać, okazały się tylko złudzeniami. Nie udało się, po raz kolejny w historii, przerwać fatum ciążącego nad żydowskim narodem. W końcu przyszedł, spodziewany wszakże, moment pożegnania z Aleksandrią. Utkwiły mi w pamięci obrazy ostatniego spędzanego w Mandarze lata, przedłużanego jak najdalej się dało, kiedy rodzina była świadkiem spadającego z nieba deszczu przepiórek (biedne ptaki każdej jesieni docierały do Egiptu czasem aż z Syberii - na widok lądu wyczerpane spadały jak kamienie na ziemię); ostatnie przechadzki po mieście i - charakterystyczne ponoć dla bankrutów - szaleństwo zakupów: szastali pieniędzmi, wiedząc, że nie mogą wywieźć z kraju tego, co rząd zamierza im skonfiskować. Inni spędzali ten dziwny czas nic nie robiąc, snując się bez celu i przesiadując po kawiarniach, zachowując, jak im się zdawało, niewzruszoną godność skazanych arystokratów. Na fali tego szaleństwa A.A. otrzymał od babci cztery najpiękniejsze w świecie krawaty. Wreszcie przyszła ostatnia, kwietniowa noc w Aleksandrii, ostatnia sederowa wieczerza. Zamykając książkę - poczułam, razem z jej bohaterami, prawdziwą tęsknotę za bezpowrotnie utraconym światem, za egzotyczną urodą, magią, czarem aleksandryjskich nocy i dni, żałując, że tego świata już nie zobaczę...
Alez się rozpisałam - to raczej moje luźne impresje niż recenzja książki. Te jednak utrzymują się najdłużej...
Moja ocena: 5,5/6
* hilba - rdzawa substancja, którą Egipcjanie pili w wielkich ilościach z powodu jej rzekomych właściwości zdrowotnych, która farbowała dłonie na czerwono i sprawiała, że ciało wydawało odstręczający dla Europejczyków zapach
środa, 05 sierpnia 2009
Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2007
Alexander McCall Smith urodził się w 1948 r. w Zimbabwe. Jest profesorem prawa. Prowadził wykłady na różnych uniwersytetach, w tym w Botswanie. Obecnie wykłada prawo medyczne na uniwersytecie w Edynburgu. Seria kryminalnych mini-powieści o Mmie Ramotswe podbiła serca czytelników na całym świecie. W ślad za tą niezwykłą popularnością, studio filmowe Minghelli i Pollacka zamierza nakręcić serial telewizyjny o Kobiecej Agencji Detektywistycznej oraz pani Precious Ramotswe, jedynej w swoim rodzaju kobiecie-detektywie w całej Afryce.
Kredens pełen życia to ostatnia (po Kobiecej Agencji Detektywistycznej nr 1, Mma Ramotswe i łzach żyrafy, Moralności dla pięknych dziewcząt oraz Męskiej szkole maszynopisania Kalahari) wydana w Polsce, pozycja z tej serii. Jak każda z tych niewielkich objętościowo książek podziałała na mnie terapeutycznie i kojąco. Cała bowiem seria z udziałem Mmy Ramotswe jest niezwykle ciepła, odświeżająca, działa łagodząco na stresy i pozytywnie nastraja do życia. Tej postaci po prostu nie da się nie lubić, a w takiej Afryce można po prostu się zakochać.
Mma Ramotswe kocha swój kraj, lubi tu żyć, jest dumna z tego, co robi, w końcu to ona założyła pierwszą w Bostwanie (a kto wie, czy i nie w całej Afryce) kobiecą agencję detektywistyczą. Utożsamia się z wartościami starej Botswany, gdzie ludzie pozdrawiają się uprzejmie i słuchają, co inni mają do powiedzenia, zamiast krzyczeć i myśleć tylko o sobie. W jej miejscu na ziemi, w stolicy kraju Gaborone, przy Zebra Drive, w siedzibie Agencji oraz warsztatu samochodowego jej narzeczonego, czas jakby się zatrzymał. Tu Mma Ramotswe po prostu siedzi i spokojnie czeka na klienta popijając herbatę z czerwonokrzewu, mając czas na spokojną zadumę i zwykłą rozmowę. Ma dużo czasu na to, aby przygotować się do pewnego spotkania z właścicielką salonów frzyzjerskich Mmą Holonga, która od razu na początku spotkania oznajmia: Wiele kobiet ma problemy tylko z jednym mężczyzną. Ja mam problemy z czterema mężczyznami. Czy naszej wnikliwej pani detektyw uda się spełnić oczekiwania klientki? Jakie wyniki przyniesie prowadzone z ogromną delikatnością śledztwo? Tego oczywiście nie zdradzę.
Mma Ramotswe kieruje się tradycyjnym zasadami moralnymi, zarówno w pracy, jak i w życiu. Jest kobietą wybaczającą, wyrozumiałą, ciepłą dla swojego narzeczonego, uroczo nieporadnego pana Matekomi, prowadzi dom dla dwójki sierot. Zawsze znajduje czas na pomoc innym. Jej spojrzenie na świat jest bardzo tradycyjne, uroczo staroświeckie i baardzo kobiece.
Gdy zastanawia się nad jakąś kryminalną zagadką często sięga do książki Zasady prowadzenia prywatnych dochodzeń, która staje się jej drogowskazem, nie tylko w pracy, ale i w życiu. Np. gdy ogarniają ją pesymistyczne myśli, co do sensu i skuteczności prowadzonej sprawy, podczytuje wspomniany podręcznik: Nie trać wiary. Wszystko da się wykryć. Rzadko zdarza się, żeby fakty leżały na wierzchu i czekały, aż się o nie potkniemy. I nigdy, ale to nigdy nie wydawaj werdyktu, zanim przystąpisz do pracy. Poza tym nasza bohaterka kieruje się również dociekliwością, intuicją, życiowym doświadczeniem, znajomością męskiej i kobiecej psychiki, wyrozumiałością dla ludzkich słabości; dzięki temu można uwierzyć, że każda z nas może być dobrym detektywem :)
Stopniowo wprowadzani jesteśmy w codzienne sprawy bohaterów książki: Mma Ramotswe prowadzi dość szczególne śledztwo; jej narzeczony - pan Matekomi - próbuje wyplątać się z obietnicy, którą nieopatrznie złożył despotycznej Mmie Potokwani, kierowniczce farmy dla sierot, jednocześnie stara się dać nauczkę nieuczciwemu konkurentowi, prowadzącemu tak jak on warsztat samochodowy; asystentka w Kobiecej Agencji mma Makutsi przeprowadza się do swojego skromniutkiego mieszkania, w którym cieszy ją wszystko - szum wody płynącej z kranu, światło żarówki. To dla niej niezwykły cywilizacyjny skok - jako pierwsza ze swojej wioski zamieszkała w stolicy i została wykwalifikowaną sekretarką, maszynistką.
Ale Afryka zawsze pozostanie Afryką i to jest właśnie cudowne. Jej mieszkańcy nigdy nie mijają się na ulicy bez słowa: Dziwnie by się mieszkało w kraju, w którym ludzie milczą, mijają się na ulicy bez słowa, jakby się bali, co inni o nich pomyślą albo powiedzą. W Afryce panują inne obyczaje, ludzie są gadatliwi, wołają do siebie przez drogę albo przez długi kawałek buszu, nie zważając na to, kto ich usłyszy. Nawet ludzie idący w przeciwnych kierunkach prowadzą ze sobą rozmowy aż do momentu, gdy ich głosy staną się zbyt nikłe i odległe, by dało się je słyszeć, aż do chwili, gdy słowa pochłonie niebo. Jest to dobry sposób na rozstanie się ze znajomym, znacznie mniej gwałtowny niż słowa pożegnania, po których następuje cisza. Właśnie - trudno żegnać się z Mmą Ramotswe, życzliwą, bezinteresowną, akceptującą własne słabości i krągłości, pogodną, łagodną, mądrą. Dlatego dawkuję sobie poszczególne tomiki - znakomicie poprawiają nastrój.
Zachęcam bardzo do czytelniczej wycieczki do Botswany i proponuję zacząć tę podróż od samego początku, od pierwszego tomiku pt. Kobieca Agencja Detektywistyczna nr 1 (pociąga też ładna szata graficzna całej serii). Można ogrzać się w cieple niemalże każdego słowa, wzruszyć każdą ludzką historią, a to, co tak bardzo egzotyczne, okazuje się coraz bardziej bliskie i zrozumiałe. I ogarnie nas dziwna tęsknota za światem, który nie gna jak oszalały, w którym spotkamy wiele osób po prostu potrafiących cieszyć się życiem.
Moja ocena: 5/6
niedziela, 02 sierpnia 2009
Wydawnictwo W.A.B., 2008
Powieść "Kradnąc konie" przyniosła Pettersonowi ogromną sławę i obsypana została nagrodami: między innymi w 2007 roku otrzymała nagrodę IMPAC Dublin Literary Award, a w 2006 - Independent Foreign Fiction Prize. Moim zdaniem całkowicie zasłużenie. Podzielam zachwyt Padmy i Chihiro, które swoimi recenzjami zachęciły mnie do tej książki.
Czytając tę powieść myślałam o tym, że jeśli kiedyś spotkam zamkniętego w sobie, surowego, ascetycznego starszego mężczyznę (a już nie będzie to mój ojciec i dziadek), zastanowię się nad tym, jaki był w dzieciństwie, młodości, jakie zdarzenia go ukształtowały i dlaczego jest taki, jaki jest: małomówny, szorstki, mający trudności z wyrażaniem uczuć, zamknięty w swojej skorupie. Niedostępny, chłodny, pozostaje niezrozumiany. Możliwe jednak, że pod tą skorupą ukryta jest lawina: uczuć, emocji, wspomnień, zbyt trudnych, bolesnych, żeby były ciągle rozpamiętywane. Ale nie będę próbowała na siłę dostać się pod tę skorupę, tylko wtedy, jeśli będzie tego sam chciał. Taki człowiek, tak jak bohater "Kradnąc konie" może nie życzyć sobie wchodzenia z butami w jego świat i należy to uszanować. U schyłku życia mężczyźni zamykają się w sobie, kobiety - są często przesadnie wylewne. A może byli tacy przez całe swoje życie?
Książkę Pettersona odebrałam jako taką właśnie męską rzecz, napisaną w klimacie skandynawskiego westernu, opowiadającą o męskim braterstwie, przyjaźni, ojcostwie, dojrzewaniu, pożądaniu, zdradzie i o szorstkiej męskiej bliskości, a zarazem przepaści niezrozumienia pomiędzy dorastającym synem a jego ojcem. Jest to również przejmujące studium starzenia się i pogodzenia się z nieuchronnymi tego konsekwencjami.
W miarę czytania uświadamiałam sobie, że - tak jak narrator i bohater książki, wspominający pod koniec życia swoją młodość - nie poznam do końca prawdy i tajemnicy kryjącej się w dramatycznych zdrarzeniach pewnego lata, nie zrozumiem wszystkiego. I zaakceptowałam to, dałam się ponieść stonowanym, oszczędnym słowom, pięknemu stylowi i nurtowi książki. Jej nastrój wciągnął mnie bez reszty...
Czytać tę książkę to jakby płynąć z zimnym nurterm rzeki, czuć chłodny wiatr, upał lub burzę, dostojeństwo i zapach starego lasu, słyszeć melodię przyrody; to zmysłowe wręcz uczucie zanurzania się ... Dodam - zanurzania się, pogrążania w świecie męskiej wrażliwości. Nie ma tam prawie zupełnie punktu widzenia kobiety. Dawno jednak nie czytałam powieści tak pięknie zsynchronizowanej, tak harmonijnej w warstwie narracyjnej i stylistycznej. Delektowałam się każdym słowem, powoli otwieranymi obrazami, norweskimi krajobrazami, dziką przyrodą i podksórnym nurtem ludzkich emocji, które nie zostały nazwane wprost i nie do końca są dopowiedziane. Zupełnie inaczej niż w tzw. kobiecej literaturze, gdzie emocje są calkowicie na wierzchu, niczego nie trzeba się domyślać, wszystko jest jasne jak na dłoni i czasem ma się odczucie zalewania, nie do końca potrzebnym, potokiem słów.
Starość. Czas. Samotność. Trond Sander zawsze marzył o powrocie do lasu. Po tragicznej śmierci żony zaszył się w małej, położonej pod lasem wiosce, nie powiadamiając rodziny o tym, gdzie jest. Jego życie składa się z najprostszych czynności, służących przetrwaniu i bezpieczeństwu, zaspokojeniu głodu, zabezpieczeniu domu i drogi przed zimą. Czas biegnie już innym rytmem, w którym najważniejsza jest struktura każdego upływającego dnia oraz walka w własną, coraz słabszą, kondycją fizyczną. Spokój i stały rytm życia - to staje się najważniejsze, nadaje sens kolejnym dniom. Obecne jego zycie okazuje się bardzo zgodne z tym, jakie prowadził przez kilka lat przed i tuż po wojnie, kiedy miesiące letnie spędzał z ojcem... Nie marzy o towarzystwie, jednak, gdy poznaje mieszkającego obok sąsiada, dopadają go wspomnienia z młodości i to one właśnie stanowią rdzeń książki. Trond nie docieka przyczyn dramatycznych wydarzeń z młodości, chce pozostać ze swoimi własnymi wspomnieniami - pięknymi i dramatycznymi zarazem.
Ludzie lubią, kiedy im coś opowiadasz, w odpowiednich dawkach, oszczędnie, poufałym tonem, i wydaje im się, że cię znają, ale tak nie jest, owszem, wiedzą coś o tobie, bo poznają fakty, ale nie znają uczuć, żadnych twoich opinii, nie mają pojęcia, w jaki sposób to, co ci się przydarzylo, i to, na co się zdecydowałeś, uczyniło ciś tym, kim jesteś. Wypełniają twoją opowieść własnymi uczuciami, opiniami i przypuszczeniami, komponują nowe życie, które ma bardzo mało wspólnego z twoim, a ty sam jesteś bezpieczny. Nikt cię nie dotknie, jeśli sam nie zechcesz. Str. 85
Najpiękniejsze fragmenty książki to wspomnienia pewnego pamiętnego, przedwojennego lata, spędzanego z ojcem w lasach, nad rzeką, na pograniczu norwesko-szwedzkim. Szczęśliwy Trond chłonie pełną piersią otaczającą go naturę, cieszy się swobodą, wolnością, zyje pełnią życia. Nie mogę się powstrzymać przed przytoczeniem kilku fragmentów prozy Pettersona, którymi się zachwyciłam:
Czuliśmy zapach końskiego łajna, bagiennego mokrego mchu i slodki, mocny, przenikający wszystko aromat tego, co było większe od nas samych i większe od tego, co mogliśmy pojąć, zapach lasu, który ciągnął się i ciągnął na północ i w głąb Szwecji, i coraz dalej do Finlandii, a potem jeszcze dalej do Syberii, człowiek mógłby się w tym lesie zagubić i stu ludzi mogło go tygodniami przeszukiwać tyralierą bez najmniejszej szansy na znalezienie (..) Str. 32
Słońce stało wysoko na niebie, między drzewami było gorąco, pachniało ciepłem, a zewsząd dochodziły odglosy: trzepot skrzydeł, skrzypienie uginających się konarów i trzask lamanych gałązek, krzyk jastrzębia i ostatnie tchnienie zająca, cichutkie dudnienie za każdym razem, kiedy pszczoła uderzała o kwiat. Słyszałem mrówki pełzające po mchu, a ścieżka, którą szliśmy, pięła się po wzgórzu, wciągnąłem powietrze przez nos, myśląc sobie, że bez względu na to, jak ułoży się zycie i jak daleko wyjadę, na zawsze zapamiętam to miejsce takim, jakie jest teraz, i będę za nim tęsknić. - str. 39
Byłem lasem. Zapach świeżo ściętego drzewa. Rozchodził się od drogi do rzeki, wypełniał powietrze, unosił się nad wodą i wdzierał wszędzie, oszałamiając mnie i powodując zawroty głowy. Byłem w samym środku. Pachniałem żywicą, kiedy leżałem w łóżku i kiedy spałem w nocy. Zasypiałem z tym zapachem i budziłem się z nim, czułem go przez cały dzień. Byłem lasem. - str. 93
Trond przyjaźni się z chłopcem z sąsiedztwa - Jonem i z nim wyrusza pewnego dnia do leżącej niedaleko farmy. Czują się jak amerykańscy chłopcy z kowbojskich opowieści robiący coś zakazanego, podstępnie planujący wyprawę po konie. Tego dnia kończy się beztroskie dzieciństwo chłopca. W pięknej, surowej scenerii następują pewne dziwne i nie do końca pojęte, tragiczne zdarzenia, których konsekwencją jest utrata przyjaciela, zdrada i porzucenie rodziny przez ojca. Rodzą się także silne namiętności, pojawia się zmysłowość, pożądanie, rywalizacja mężczyzn o kobietę. Trond, wbrew wlasnej woli, dojrzewa, zmienia się, nie w pełni jednak wszystko rozumiejąc. Nikt mu niczego nie tłumaczy, nie interpretuje. Zostaje sam, ze swoim bólem dojrzewania.
Trond kocha i podziwia ojca, który stopniowo wprowadza go w świat prostych, podstawowych wartości, uczy znaczenia wysiłku fizycznego, odwagi, męstwa. Są to dni prawdziwej męskiej solidarności, wspierania się, dzielenia trudem, wspólnej pracy przy koszeniu łąki, przy wyrębie drzewa i przygotowaniu spływu, czas zmagania się z przyrodą. Ojciec miał niezwykłe zdolności techniczne, ale i ogromnie silną osobowość, miał w sobie niezmienną pewność, że ma życie w swoich rękach i wszystko mu się uda. Pozostał na zawsze największym autorytetem dla syna, dni spędzone razem stały się dla Tronda najważniejsze w życiu. Pomimo zdrady, pomimo porzucenia, to właśnie one zdeterminowały jego wolę, dały mu siłę, ukształtowały charakter: - Dlaczego nie kosisz pokrzyw? - spytał. Spojrzałem na krótkie kosisko, a potem na wysokie pokrzywy. - Bo to boli. Popatrzył na mnie z uśmiechem i lekko pokręcił głową. - Sam decydujesz, kiedy ma boleć - powiedział, nagle poważniejąc, i podszedł do ściany chaty, gołymi rękami złapał za parzące rośliny i całkiem spokojnie zaczął je wyrywać, jedną po drugiej, rzucał na stos i nie ustąpił, dopóki nie wyrwał wszystkich. Nic w jego twarzy nie świadczyło o odczuwanym bólu (..)." - str. 38.
Więź syna z ojcem, szlachetna i piękna męska więź, realizująca się bardziej we wspólnym działaniu niż w rozmowach, zostaje wystawiona na próbę, a potem gwaltownie zerwana. Ojciec odchodzi bez pożegnania i Trond nigdy nie dowie się - dlaczego. Czy to, co pozostawił po sobie ojciec, jego przesłanie i przekonanie, że do mężczyzny należy mierzenie się ze sobą, walka ze słabościami, pokonanie ich, zwycięstwo; czy to wszystko wystarczy za drogowskaz w dalszym życiu i przygotuje go do nieuniknionych ciosów? Ojciec uczył go odpowiedzialności, wierności, odwagi, a sam - czy tym samym kierował się w swoim zyciu? I czy ktokolwiek, nie poznawszy całej prawdy i nie mogący jej poznać, może dokonać jednoznacznej oceny czyjegoś życia?
Kradnąc konie jest powieścią - pożegnaniem, zarówno z własnym zyciem, jak i z tajemnicą ojcowskiej obecności oraz długiej, bolesnej nieobecności. Doskonała książka - szlachetna w swojej prostocie, powolnej, oszczędnej narracji, taka prawdziwie skandynawska.
Moja ocena: 5,5/6
wtorek, 07 lipca 2009
Wydawnictwo Świat Literacki, Izabelin 2005
Colum McCann urodził się w 1965 roku w Irlandii. Mieszka na stałe w USA. Jest również dziennikarzem i autorem scenariuszy filmowych. W Polsce wydano ponadto następujące książki McCanna: Tancerz (powieść biograficzna o tancerzu Rudolfie Nurejewie), Ta strona jasności (nowojorska saga rodzinna) i Zoli (również biograficzna powieść o cygańskiej poetce Papuszy).
Po studiach McCann opuścił Irlandię, przemierzył rowerem całą Amerykę Północną, dotarł do Teksasu. Tłumacz Śpiewających psów, Krzysztof Fordoński, w posłowiu do książki, porównuje jego twórczość, a także biografię, do najwybitniejszego irlandzkiego wygnańca Jamesa Joyce'a. Śmiałe porównanie, niezbyt jednak moim zdaniem, adekwatne :) Nie wiem, czy sam autor wpadłby na to, pewnie nie. A może tylko ja nie doceniłam prozy McCanna? To trochę przez takie sobie tłumaczenie książki (wydawnictwo nazwane Świat Literacki powinno do czegoś obligować..). Wyobraźcie sobie np., że we fragmentach dotyczących młodości ojca, tłumacz w niemalże co drugim zdaniu określa go słowem "staruszek". Brzmi to fatalnie... Kilka razy wyłowiłam tłumaczeniowe zgrzyty oraz błędy edytorskie.
Ale wracając do McCanna - pisarz czerpie ze swojego własnego doświadczenia życiowego (porzucenie Irlandii, podróże przez Stany, stan Wyoming, Teksas) okraszając opowieść o ojcu i synu sporą dawką realizmu magicznego, bliskiego literaturze iberoamerykańskiej.
Lubię sagi rodzinne, a jeśli dotyczą Irlandii, tym bardziej. Od jednej z takich sag nie mogłam się oderwać - była to Gwiazda mórz Josepha O'Connora - o masowej emigracji Irlandczyków w czasach wielkiego głodu. Irlandczycy mają naturę emigrantów. W opisywanej w Śpiewających psach mieścinie, położonej w hrabstwie Mayo na zachodnim wybrzeżu Irlandii, pozostali prawie tylko sami starzy ludzie, reszta opuściła swoją ojczyznę. Michael Lyons -wyjechał z kraju w latach 30-tych w poszukiwaniu lepszego życia, jego syn Conor w poszukiwaniu zaginionej matki.
Conor Lyons, dwudziestokilkulatek, irlandzki emigrant, przybywa w swoje rodzinne strony, gdzie nadal mieszka jego ojciec - staruszek - wraz ze swoimi wspomnieniami. Spotkanie po latach staje się wzruszającym pożegnaniem ojca i syna, pełnym wzajemnych wybaczeń i wyrozumiałej czułości. Każdego z siedmiu dni, bo tyle trwają odwiedziny Conora, ojciec odprawia ten sam rytuał: przygotowuje przynętę i wychodzi na ryby nad zanieczyszczoną już rzekę, wypatrując ogromnego łososia - tylko to ma dla niego sens. Wielka nie istniejąca ryba i zmaganie z nią - codzienny rytuał mężczyzny, dopóki tli się w nim jeszcze życie. Trudna jest ta bliskość ojca i syna - to parę zwykłych szorstko-czułych słów, wzajemna męska troska, proste domowe czynności. Przegrany i dumny, żyjący w biedzie i zapomnieniu ojciec oraz syn-uciekinier, ale już nie tak zbuntowany, już bardziej wrażliwy, stający się stopniowo dojrzałym, świadomym mężczyzną. Różni ich przede wszystkim stosunek do wspomnień - syn chce do nich wracać, ma nadzieję, że otwarcie zamkniętych rozdziałów życia rodziców pomoże mu zrozumieć sens własnego; ojciec pragnie już tylko zapomnieć.
Conor, przeglądając robione przez ojca fotografie, odtwarza historię swoich rodziców - młodego obieżyświata Michaela i meksykańskiej piękności Juanity. Snuje opowieść o ich miłości i rozstaniu. Pasja ojca - fotografia - okazuje się zgubna dla jego małżeństwa. Skandalizujące zdjęcia Juanity, które potajemnie wydaje w formie albumu, stają się przedmiotem plotek i bezpowrotnie niszczą ich miłość.
Wiodącym motywem książki jest właśnie fotografowanie, niebezpiecznie pociągająca pasja, która - wbrew woli samego fotografującego - staje się jego fatalnym zauroczeniem. Zdjęcia są odbiciem świata, ale - użyte wbrew woli "obiektu" - mogą nieodwracalnie ten sam świat zmienić, zniszczyć... Sztuka sama w sobie nie może być piękna, jeśli w konsekwencji przynosi zło, cierpienie, żal, rozpacz. Conor chce zrozumieć, jak to się stało, że płynąca z tych zdjęć pozytywna energia, radość życia, ciepło i wzajemne uczucie rodziców do siebie, ulegają rozproszeniu, zniszczeniu.
Ojciec od wczesnej młodości fotografuje wszystko to co widzi, to co go interesuje: starych irlandzkich farmerów, rybaków, babcie pod kościołem, dziewczyny pod tancbudą, zmysłowe kobiety, żołnierzy walczących w hiszpańskiej wojnie domowej, górników z kopalni miedzi, trawiony pożarami stan Wyoming, świat lat 60-tych w nowojorskim Bonksie, aż w końcu (po wielu przegranych próbach utrzymania się ze sztuki fotografowania) - maszyny rolnicze dla lokalnej gazetki...
Jeśli jakąś chwilę uwiecznił na fotografii, na zawsze pozostała dla niego właśnie taka. To tak, jak gdyby robiąc zdjęcie, na zawsze zapewniał sobie możliwość powrotu do dawnego życia (...). Trzymał czas w swej zaciśniętej pięści. Mógł go zgnieść albo pozwolić mu płynąć dalej.(...). Na własny sposób uporządkował wszechświat, przechodził z przeszłości w teraźniejszość z równą łatwością, z jaką wrzucał zdjęcie do wywoływania.
Zdjęcie pięknej siostry meksykańskiego przyjaciela-żołnierza zmienia jego życie. Gnany jakimś impulsem Michael przemierza Meksyk, uczy się wszystkiego o łowieniu ryb od starego rybaka, wędruje samotnie przez pustynię Chihuahua; dojrzewa, staje się mężczyzną. Wszędzie robi zdjęcia. W miasteczku na skraju pustyni poznaje kobietę - miłość swego życia. Na jakiś czas przenosi się do innego, magicznego świata, gdzie szczęśliwa Juanita tworzy mydlane opery obserwując życie toczące się w kurniku. Każda z kurek (oraz kogut) ma swoje imię, każda czymś się wyróżnia... Ta idylla kończy się z powodu śmiałych, zmysłowych zdjęć, które mąż robi swojej żonie...To zdjęcia przesycone erotyzmem, intymnie piękne - Wydawało się, że (mama) wchodzi w obiektyw, było w tych zdjęciach milczenie ciała, zgoda na niebezpieczeństwo, umiejętność przemiany we wszystko, czego tylko zażądał od niej ojciec - i nigdy nie poczuła, że być może wcale by tego nie chciała. Nie były jednak przeznaczone dla cudzych oczu....
Czy wędrując śladami ojca i matki uda się Conorowi zbliżyć choć trochę do poznania tajemnicy ich życia, czy natrafi na trop utraconej matki?
Indianie z plemienia Nawaho wierzą, że to kojoty spowodowały Wielki Wybuch, stojąc na krawędzi pustki, zanim zaczął się czas, wznosząc w górę spiczaste pyski, swoim śpiewem powołały świat do istnienia. Indianie nazywali je śpiewającymi psami. (...) Dawno, dawno temu, kiedy mama i tata opowiadali mi swoje historie z Meksyku, wierzyłem, że to wszystko prawda. Myślę, że wciąż w nie wierzę. Oni właśnie byli moimi śpiewającymi psami - mama pod sznurkiem na bieliznę i tata walczący z prądem rzeki. Starali się tak bardzo wyrazić to, jak mocno się kochali, jak dobre było kiedyś ich życie, że kojoty naprawdę istnieją i w dzień ich ślubu śpiewały w swoim świecie.
Ciekawa jestem, czy ktoś z was czytał coś McCanna i co o nim sądzi. Mam mieszane uczucia co do tej książki - jest to dobrze opowiedziana, wciągająca historia, ale... . Gdybym zapomniała o niedociągnięciach tłumaczeniowych i edytorskich, może moja ocena byłaby wyższa.
Moja ocena: 4/6
piątek, 03 lipca 2009
Wydawnictwo Znak, Kraków 2007
Ty wiesz i ja wiem, każde na swój własny sposób, cóż to za pokrętne zajęcie, to nasze pisanie; sztuczki magiczne bez wątpienia niewiele się od tego różnią.
Książkę z trudem można nazwać powieścią. Jest formalnym eksperymentem opartym na kanwie opowieści o Robinsonie Cruzoe i Piętaszku. Znalazłam tu, napisane archaicznym językiem, dywagacje na temat pisarstwa, roli słowa, natchnienia, muzy, prawdy w literaturze, opornej materii tworzenia, niemożności poznania w pełni czyjejś historii itd. itp. Prawdę powiedziawszy wolę jednak tradycyjne, dobrze napisane powieści od tego rodzaju eksperymentów.
Przeczytałam kilka recenzji/notek na temat tej książki. Każdy z czytających znalazł w niej coś innego, bardzo to ciekawe. Do mnie przemówiła historia kobiety, walczącej o swoją wolność i swoje miejsce w męskim świecie.
Do znanej wszystkim historii rozbitka i jego czarnoskórego przyjaciela Coetzee wprowadza kobiecą postać - trzydziestokilkuletniej Susan, która została wyrzucona przez zbuntowaną załogę handlowego statku wprost na wyspę Robinsona, który nazywany jest tutaj Kruzo. I co się dzieje dalej? Ano niewiele: kobieta nie wzbudza pożądania w mężczyznach, nie poznaje wielu ich tajemnic, a jej pragnienie komunikowania się i dociekania czegoś więcej, pozostaje bez odzewu. Jest na wyspie podwójnie wyobcowana. Trudno porozumieć jej się z Kruzo, gdyż jest on już takim rozbitkiem wewnętrznym, zamkniętym w swojej skorupie. Jeszcze trudniej zrozumieć niemego, a może też głuchego, Piętaszka. Dociekanie przyczyny tego, jak stał się niemową, dlaczego jest tak uległy, jakie jest znaczenie jego dziwnych rytuałów i obrządków staje się obsesją kobiety. Pragnienie słów odpowiedzi przypomina pragnienie uścisku, odwzajemnionego uścisku drugiej osoby. Susan daremnie na nie czeka... Mimo ciągle ponawiamych prób kontaktu, Piętaszek nigdy nie odczuje potrzeby porozumienia się z nią.
Powróciwszy do Londynu, Susan usiłuje spisać swoją historię rocznego pobytu na wyspie i chce ją sprzedać pisarzowi, zbieraczowi opowieści, o znaczącym nazwisku Foe. Tego jednak nie interesuje bezbarwna, nudna w swojej prawdzie, historia życia rozbitków. Dlaczego np. Piętaszek nie mógłby być kanibalem? Co się działo z Susan przed jej przybyciem na wyspę? Może była czyjąś kochanką, może wiodła życie rozpustnicy? Co stało się z jej zaginioną córką? Jednak kobieta milczy o tym jak zaklęta. Chce, żeby pisarz napisał o niej, o jej przygodzie, ale tylko na jej warunkach.
... albowiem wolną jestem kobietą, która dowodzi swej wolności, opowiadając własną historię tak, jak sama sobie życzy
Chcesz przeczytać książkę, w której żadna z tajemnic nie zostanie wyjaśniona, w której są same pytania, a tylko czasem niejasne odpowiedzi? Gdzie nie wiadomo właściwie kto jest pisarzem, a kto "dawcą" opowieści? Chcesz się przekonać, jak płynna jest granica pomiędzy bohaterem, narratorem a autorem powieści? Sięgnij zatem po Foe. Ale jeśli szukasz nowej, ale takiej bardziej przygodowej niż filozoficznej, wersji Robinsona Cruzoe, to możesz się rozczarować. Powiem szczerze, że nie bardzo miałam ochotę i cierpliwość zmagać się z materią tej książki, a moje jej zrozumienie można litościwie nazwać szczątkowym :)
Moja ocena: ?/6
środa, 01 lipca 2009
Wydawnictwo W.A.B. 2006
Melania Mazzucco urodzila sie w Rzymie w 1966 roku. Na polski przetłumaczone zostały dwie jej powieści - Tak ukochana i Vita.
Niektóre afrykańskie plemiona z puszczy równikowej wierzą, że po wyleczeniu się z choroby należy zmienić imię na nowe. Osoba chora umarła, a ta, która odrodziła się po chorobie, jest już kimś innym. Dzieje się tak dlatego, że z imieniem związana jest wcześniejsza tożsamość i wszystko, co niesie ze sobą: nieszczęścia, przeznaczenie, odmiany losu. (...) Toteż gdy po długim błądzeniu wróciła do Europy - uleczona lub może tylko uwolniona - odnalazła imię, które zawsze do niej należało: Annemarie.
Rewelacyjna powieść, zwala z nóg. Zupełnie nie spodziewałam się tak dojrzałego pisarstwa, takiego mistrzowskiego warsztatu. Do wielu fragmentów, przemyśleń autorki, chciałabym wrócić ponownie. Książka jest pięknym hymnem na cześć szwajcarskiej pisarki, poetki, podróżniczki, dziennikarki, fotoreporterki, żyjącej w latach 1908-1942. Melania Mazzucco wskrzesiła, czy też może pogłębiła, legendę Annemarie Schwarzenbach, która - w około 60 lat po swojej nagłej śmierci - zaczęła być przedmiotem zainteresowania ze strony znawców kultury, literatury, dziennikarzy, feministek.
Fascynuje mnie epoka międzywojnia, dekadencki klimat świata, który zmierza w otchłań zagłady... I ludzie z tamtych czasów, postaci tak barwne, niecodzienne, wyzwolone. Podobała mi się słynna powieść skandynawskiej pisarki Agnety Pleijel pt. Lord Nevermore, o Stanisławie Witkiewiczu i Bronisławie Malinowskim. Ducha tej epoki odnalazłam także w Tak ukochanej, jednak książka Mazzucco jest zdecydowanie lepsza.
Na ile sposobów można opowiedzieć o jednej kobiecie? Włoska pisarka, niewątpliwe zafascynowana postacią Annemarie Schwarzenbach, zbliża się do niej na tysiące sposobów. Opierając się na wielu dokumentach źródłowych, pieczołowicie zbiera fakty z jej krótkiego życia. W żadnym jednak wypadku nie obawiajcie się zwykłej relacji, czy nudnej, uporządkowanej biografii. Pisarka wspaniale łączy zebranie fakty z poetycką, liryczną wizją życia tej niezwykłej dziewczyny. Powstaje subtelny psychologiczny portret, pełen niuansów, odcieni, spojrzeń z przeróżnych perspektyw. Portret balansujący pomiędzy ciepłem i czułością a brutalnie bolesną dociekliwością.
Annemarie była dziewczynką ukochaną przez matkę i kobietą przez matkę zniszczoną. W dzieciństwie i młodości wszyscy ją lubili, była beniaminkiem szczęścia. Potem stała się androgonicznym elfem, białym efebem, mającym trudności z tożsamością seksualną. Aniołem Botticellego i agresywną Joanną d'Arc. Feministką, chłopczycą ubierającą się najczęściej w spodnie, braną często za chłopaka. Zagubioną, samotną istotą dążąca do samounicestwienia, uciekającą w świat narkotyków, tanich rozrywek, a jednak kurczowo trzymającą się życia. Postawiono jej diagnozę schizofrenii, była niepokorną pacjentką największych sław psychiatrii tamtych czasów. Pochodziła z obrzydliwie bogatej szwajcarskiej rodziny o korzeniach arystokratyczno-mieszczańskich, a próbując się od niej uwolnić pędziła jak szalona w autodestrukcję, w świat pozbawiony wszelkich wartości. Była niezwykle utalentowana, pisała (powieść, reportaże, dziennik), fotografowała. Za życia nie spotkała się jednak z uznaniem. Chciała angażować się politycznie w ruch antyfaszystowski, ale robiła to jakby nie wprost, została nawet posądzona o szpiegostwo. Wzbudzała fascynację, uwielbienie, miłość*, a z drugiej strony - niechęć, znudzenie, niecierpliwość, a nawet pogardę.
Świat był wtedy jakby mniejszy, a Annemarie pojawiła się w życiu wielu znanych ludzi epoki, przyjaźniła się z Eriką i Klausem Mannami, dziećmi Tomasza Manna. Śledzimy jej bolesną fascynację i nieodwzajemnioną miłość do Eriki, dziwną przyjaźń z Klausem. Ona z kolei wzbudzała miłość tam, gdzie wcale nie chciała. Nie udały się związki z francuskim konsulem Claudem, który został jej mężem i kochał ją nade wszystko, czy z wschodzącą gwiazdą amerykańskiej literatury Carson McCullers. Ameryki nie pokochała, dusiła się w Nowym Jorku. Również Ameryka potraktowała ją z wyjątkowym okrucieństwem - została zamknięta w szpitalu Belllevue dla nieuleczalnie chorych psychicznie, z którego jakimś cudem wydostał ją brat. Z innej, słynnej kliniki psychiatrycznej, do której trafiła po ataku szaleństwa, ocalała dzięki brawurowej wycieczce. Annemarie długo nie mogła otrząsnąć się z tego przeżycia. Dla mnie również szokiem było skonfrontowanie demokratycznych amerykańskich idei wolnościowych z rzeczywistością pozwalającą na niszczenie jednostki przez system psychiatryczny.
Nie mogąc znaleźć swojego miejsca w świecie, Annemarie dużo podróżowała, tak jak wielu ludzi jej epoki.
Była to złota epoka podróży. W okresie międzywojennym tłum ekscentrycznych, ciekawskich i zamożnych podróżników zalał światowe szlaki. Była to pokojowa armia w stałym ruchu, przemieszczająca się z domu do domu, z kraju do kraju w poszukiwaniu coraz to nowych miejsc i wrażeń. Było to pokolenie karmione w dzieciństwie awanturniczymi opowieściami, ale potem gorzko doświadczone wojną; pokolenie, które wyniosło do rangi świętej ikony postać włóczęgi i obieżyświata, podróżnika bez bagażu i bez celu, unieśmiertelnionego przez Charliego Chaplina w jego słynnym filmie Tramp. Podróżowali pisarze, intelektualiści, poeci, poszukujący źródła natchnienia i dziewiczych rajów; stare panny, wdowy, panienki pragnące wolności; reporterzy marzący o sławie, antropologowie, filozofowie, psycholodzy, rewolucjoniści, fotografowie, etnolodzy, ludzie teatru i marzyciele, którzy chcieli znaleźć alternatywę dla życia w Europie, zatrutej faszyzmami, totalitaryzmem i kapitalizmem. Str. 170
Najpierw wyruszyła w podróż na Bliski Wschód, która ciągnęła się miesiącami - po to, by nie grać żadnych ról, by nareszcie być sobą. Jej oczami poznajemy Persję i Teheran, Bejrut, Bagdad, Damaszek - niemalże cały Bliski Wschód - gdzie przez jakiś czas pracowała jako archeolog. Później Moskwę goszczącą pisarzy - zwolenników rewolucji; bohemę Nowego Jorku, a także serce Afryki - Kongo Belgijskie. Annemarie samotnie przemierzyła afrykańską dżunglę, była to ostatnia podróż, podróż jej życia. Mazzucco wspaniale oddaje dekadencki, ulotny klimat kolonii. To wizja odarta ze złudzeń, prawdziwa do bólu. Tropiki są tylko dla straceńców, szaleńców, outsiderów, oszustów. Pobyt w Afryce odmienia życie Annemarie. Ta część książki jest cudowna, magiczna, ale i niesamowicie smutna, melancholijna, nihilistyczna. Popadamy w trans, tak jak podróżująca przez bezkres Afryki, bohaterka książki.
Książka jest portretem epoki, świata, który przeminął. W Berlinie zaczyna rodzić się faszyzm, zaskakując żyjących w ułudzie miałkiej zabawy grono znajomych Annemarie (Erika jest np. aktorką kabaretową). Szwajcaria pozostaje neutralna, ale Annemarie nie chce skorzystać z tego rodzaju bezpieczeństwa. Jej przyjaciele, Żydzi, uciekają na zachód Europy, a potem do Ameryki, próbując przeciwstawić się nazistowskiej fali, zakładają kolejne rewolucyjne pisma.
Powieść jest też studium bolesnego, napiętnowanego nienawiścią i miłością jednocześnie, związku matki i córki. Tak przejmującej analizy, dociekającej prawdy, stawiającej śmiałe, ale jakże wiarygodne hipotezy, dawno nie czytałam.
Nic tu nie jest przypadkowe, kompozycja jest doskonale przemyślana. Pisarka tropi nieuchwytne ślady pozostałe po Annemarie, stawia wiele pytań. Rewelacyjne jest zakończenie powieści. Pisarka odtwarza całą historię rodziny ze zdjęć robionych przez matkę Annemarie, znalezionych w archiwach Schwarzenbachów Dokonuje też śmiałego podsumowania, stawia pytania o sens życia swojej bohaterki.
Tak ukochana to wielowarstwowa, piękna książka. Jestem naprawdę pod wrażeniem - to proza bogata, głęboka, a przede wszystkim - mądra, dojrzała.
Na pewno będę chciała kontynuować znajomość z pisarstwem Mazzucco. Czy ktoś z was zna powieść Vita?
* Wszystko było w niej niezwykłe, wyjątkowe i szlachetne. Przedmiot, który do niej należał, ubranie, które nosiła - wszystko, co miało z nią styczność, stawało się specjalne, cenne i godne pożądania w oczach innych ludzi. Spotkanie z nią było zawsze elektryzujące, każda rozmowa - fascynująca. Str. 40
Moja ocena: 5,5/6
czwartek, 25 czerwca 2009
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2006
Amy Tan (ur. 1952), amerykańska pisarka chińskiego pochodzenia, urodziła się w Kalifornii. Wiodącym tematem jej twórczości są problemy emigrantów chińskich w USA. Zadebiutowała powieścią Klub Radości i Szczęścia (1989). W Polsce wydano ponadto Żonę kuchennego boga, Sto tajemnych zmysłów oraz Córkę nastawiacza kości. W książkach Amy Tan wiele jest wątków autobiograficznych, zwłaszcza dotyczących relacji matka - córka. Autentyzm emocji, ciepło osobistego przekazu, wspomnienia z dzieciństwa - to właśnie najbardziej podobało mi się w jej powieściach. Sama autorka jest niezwykle barwną postacią - np. gra w rockowym zespole wspólnie ze Stephenem Kingiem.
Wybierając właśnie tę książkę, po przeczytaniu notki wydawcy, miałam nadzieję na coś w rodzaju niespiesznej powieści drogi, duchowej podróży na Daleki Wschód. Mam w pamięci świetną powieść pt. Jezioro niebiańskie Johna Daltona o młodym misjonarzu i nauczycielu angielskiego, który stopniowo, w trakcie wędrówki przez Tajwan i Chiny, poznaje mentalność ludzi Wschodu, uczy się pokory wobec odmienności i akceptacji rzeczy niepoznawalnych do końca.
Ratując ryby... opowiada o wycieczce dwanaściorga Kalifornijczyków do Birmy, szlakiem Buddy, zorganizowanej przez ekscentryczną Chinkę Bibi Chen, która jednak osobiście nie może w niej uczestniczyć, gdyż.... ginie w tajemniczych okolicznościach, tuż przed wyprawą. Jako duch (będąc jednocześnie narratorką powieści) komentuje zaskakującą, nieprawdopodobną podróż swoich przyjaciół... Początek powieści jest pełen uroku. Narratorka Bibi, w której rozpoznać można osobę samej pisarki, w błyskotliwy sposób pisze o sobie, z ironicznym dystansem relacjonując swój własny pogrzeb, barwnie przedstawia historię swojego życia. Nabrałam więc apetytu na ciąg dalszy.... Jednak czytelnicza wędrówka przez tę powieść była dla mnie rozczarowująca, książka nie porwała mnie. Wydaje mi się również, że sama autorka nie dała się ponieść tematowi. Miała gotowe tezy do potwierdzenia i udowodnienia, a zabrakło głębszych refleksji, emocji... Często też rozpraszała się, rozdrabniała, trzymając się kurczowo wcześniejszych założeń np. tego, ze każde zdarzenie opisuje od strony każdego z uczestników wyprawy, a komentarz dodaje też duch Bibi (sztuczny zabieg, nic nie wnoszący).
Na szczęście sztywny nieco schemat książki Tan rozbudowała licznymi błyskotliwymi dygresjami, wieloma pobocznymi wątkami. Ten erudycyjny popis pisarki trochę mnie zmęczył, choć nie mogę powiedzieć że znudził, gdyż Amy Tan doskonale posługuje się żartem, dowcipem, ironią; ma także rozległą wiedzę o kulturze, historii, religiach Dalekiego Wschodu. Zwłaszcza pierwszą część książki czytałam z rozbawieniem, uśmiechem. Druga część rozczarowała.
Kim są uczestnicy wyprawy, znajomi i przyjaciele Bibi? Pozornie mogą wydawać się pasjonatami innych kultur, ale to znudzeni życiem snobi, zblazowani ekscentrycy, znerwicowani intelektualiści (poza dwójką w miarę normalnych dzieci). Nie próbują się nawet zbliżyć do kultury Wschodu i jego mieszkańców, a podróż traktują jak ubarwienie życia, wesołą przygodę, ucieczkę od cywilizacji, czy rodzaj terapii, odskoczni od własnych problemów. Zbierają dokumentację fotograficzną, czasem zdziwi ich jakiś egzotyczny obrazek. Jednak są tu tylko przejazdem, na dwa tygodnie w okolicach Bożego Narodzenia. Będą mieli o czym rozmawiać po powrocie. Jakież jest jednak ich zaskoczenie, gdy okazuje się, że nawet dobrze przygotowana wyprawa może nie być do końca przewidywalna. Popadają w różnego rodzaju tarapaty, doświadczają licznych niewygód, często z powodu własnych pomyłek; prześladuje ich pech. Ta podróż przemienia się w karykaturę dalekiej wyprawy na koniec świata. Wyobraźcie sobie, że: - w "autentycznie" chińskim przydrożnym barze (a nie w żadnej restauracji dla zachodnich turystów, o nie!) zatruwasz się podejrzanym jedzeniem, a potem zwijasz się z bólu w autokarze... - nie chwytasz angielszczyzny przewodniczki, która rzekomo zna ten język bardzo dobrze, więc wszystko rozumiesz na opak... - na wycieczce nie jesteś w stanie znaleźć toalety i.... mimo woli bezcześcisz buddyjską świątynię, która wcale zresztą na taką nie wygląda - w odwecie wydalają was z Chin, a strażnik parku rzuca klątwę na całą wyprawę... - wycieczka gubi cię na drodze... i trafiasz w ręce policyjnego patrolu w państwie rządzonym przez totalitarny reżim... - a w końcu, wraz z towarzyszami podróży, zostajesz porwany przez dziwne plemię wierzące w zbawienie przez Młodszego Białego Brata, dlatego tylko, że niebieskooki chłopiec Rupert nauczył się kilku karcianych sztuczek, które przypominały im magiczną postać żyjącego 100 lat temu boga - białego misjonarza... Uff... dużo tych atrakcji! Tego właśnie przecież chcą przybysze z Zachodu - ciągle nowych wrażeń! I dostają je aż w nadmiarze.
W pierwszej części książki perypetie te nawet mnie bawiły, później coraz bardziej drażniły, autorka chyba przesadziła w wymyślaniu coraz to nowych zwrotów akcji, nie dając skupić się dłużej na czymkolwiek - brakowało mi zwłaszcza pogłębienia portretów psychologicznych. Ale może właśnie książka miała być taka, jak ta wyprawa - pełna atrakcji, ale pusta w środku.
Autorka udowadnia, że zauroczenie wschodem i ekscentryczne eskapady na koniec świata są tylko kolejną, płytką modą Zachodu, a wyobrażenia o wschodzie pełne uproszczeń i stereotypów. Szlachetne idee pomagania innym (mniej cywilizowanym?) narodom w uwolnieniu ich od tyranii, których owocem są nierozważne czyny, mogą źle się skończyć zarówno dla pomagających, jak i - zwłaszcza - dla tych, których chcieli uwolnić. Nie wystarczą dobre intencje. To jest jak ratowanie ryb od utonięcia.
Gdy podróżnicy przekraczają granicę Birmy, a właściwie Myanmaru*, atmosfera powieści jeszcze bardziej się zagęszcza. Grupka prostodusznych, sympatycznych i zabobonnych mieszkańców dżungli z plemienia Karenów porywa i przetrzymuje, w odciętym od świata Miejscu bez Nazwy, równie naiwnych Amerykanów. Dlaczego to robią? Otóż wydaje im się, że młody biały chłopiec jest wcieleniem ich Boga, zbawcy. Zarówno porywacze, jak i porwani stają się łakomym kąskiem dla pewnej stacji telewizyjnej, a prowadzone na żywo programy biją rekordy popularności. Wszystko może być materiałem na reality show, z czego łapczywie korzystają dziennikarskie hieny i właściciele stacji telewizyjnych. Przedstawiciele obu kultur właściwie nie mają szansy się poznać, łączy ich praktycznie tylko wspólne oglądanie telewizji - programu o zniknięciu grupy turystów gdzieś nad tajemniczym jeziorem Inle ,w gąszczu nieposkromionej dzikiej przyrody. Paradoksalnie - uciekając jak najdalej od cywilizacji - nasi pechowi turyści znajdą się w czołówkach wiadomości nadawanych przez największą telewizyjną stację, staną się znani na całym świecie. Absurdalna jest też wiara plemienia w to, że obecność w mediach zmieni ich życie. Dla jednych i drugich ucieczki więc nie ma. Za chwilę ten dziki zakątek deszczowego lasu, w którym rosną jeszcze drzewa dusiciele i nieznane piękne rośliny - afrodyzjaki, przestanie być tajemniczy i niedostępny... A rządzący Birmą reżim odkryje, gdzie ukrywają się buntownicy. Tym skończy się kontakt z "wyższą" kulturą i cywilizacją i z fałszywym bóstwem. I tylko pechowi podróżnicy będą mieli co wspominać i o czym opowiadać.
* Jakże błahe są nowsze opowieści o Birmie. To bardzo smutne relacje. Brzmią mniej więcej tak: panna Birma wyszła za obłąkanego despotę i zmieniła nazwisko na Myanmar. Zamieszkała w Nicości i nikt nie wie, gdzie przebywa. Jej mąż to brutal i bije ją. Dzieci także padły ofiarą przemocy i kryją się po kątach. Biedna panna Birma, dawna miss piękności, nadal byłaby olśniewająca, gdyby nie wychudłe członki, pusty oczodół, usta bełkoczące wciąż te same brednie. Str. 127
Moja ocena: 4,5/6
|
Aktualnie czytam

|