Recenzje

sobota, 14 sierpnia 2010

Wydawnictwo Literackie Kraków 2009

O Boże, co za męczarnia! Po raz pierwszy od nie wiem już jak długiego czasu porzuciłam książkę - po mniej więcej 240 stronach bezustannych prób poddałam się (powieść liczy 700 stron).

Miałam wielkie problemy w skupieniu uwagi na lekturze trudnej, wymagającej nieustannego wysiłku, wytężenia pracy wszystkich komórek mózgowych, jednak fakt jest faktem, to porażka mojego intelektu z dziełem zapewne wybitnym, nie nadającym się jednak - moim zdaniem - do czytania w zwykłych warunkach życia (a więc koniecznością odrywania się czasem od lektury). Gdy do niej ponownie wracałam, czy to po kilku godzinach czy dniach, zawsze gubiłam wątek i nie mogłam odnaleźć się w przestrzeni powieści.

Może tylko intelektualiści, czy krytycy literaccy są w stanie poradzić sobie z meandrami narracji, nieustannymi zmianami czasu, miejsca akcji, wszechobecnymi dygresjami, odwoływaniem się do wszystkich niemal idei, postaci, wydarzeń historycznych XX wieku i powiązań między nimi, a także z bez przerwy zmieniającym się narratorem. No i jeszcze wątki szpiegowskie - zupełnie nie rozumiałam kto jest właściwie szpiegiem (chyba wszyscy bohaterowie książki), a zwłaszcza dlaczego nimi zostali i po czyjej są stronie. Prawdę powiedziawszy poległam właśnie wtedy, gdy w powieści namnożyło się szpiegów, a każdy z nich miał jakieś wielkie dylematy moralne...... Moim zdaniem tu - podczas czytania - wymagana jest nieustająca analiza, przypominanie sobie gdzie właściwie jestem i o kim właściwie czytam. Gdybym zrobiła kolejne podejście do książki - w co raczej wątpię - konieczne wydaje się  przeczytanie wcześniej jej streszczenia. Być może wtedy, rozumiejąc z grubsza co się dzieje, mogłabym delektować się pięknym językiem i podziwiać erudycję, rozmach pisarski i styl autora. Bo interesujących dygresji książce nie brakuje, choćby wspomnienia ze wspaniale położonego w Alpach szwajcarskich hotelu Waldhaus w Waltenbergu, czy fragmenty dotyczące powojennej Rosji, odsłaniające politykę Stalina i jego współpracowników.

Zapowiadało się wszakże całkiem nieźle - w  1914 roku, podczas jednej z bitew I wojny światowej, spotykają się na dwóch frontach Francuz i Niemiec, późniejsi bohaterowie książki. Z wielkim rozmachem pisarz opisuje tę bitwę i szarżę francuskich dragonów na pozycje niemieckie, wplatając ulotne wrażenia, myśli bohaterów. Dalej było niestety coraz gorzej...

Porzucam książkę z żalem, bo pięknie wydana, z zachęcającym opisem na okładce, bo przekrojowa, panoramiczna, a bardzo lubię takie "monumentalne" dzieła. Moim zdaniem jednak, poprzez bardzo liczne formalne eksperymenty, pisarz zabił możliwość kontaktu z czytelnikiem. Współczuję zatem odważnym, którzy będą się z nią zmierzać, tłumaczenie wymagało też zapewne ogromnej ofiarności.  Czy Wam także zdarzały się takie porażki?

wtorek, 10 sierpnia 2010

Wydawnictwo Świat Książki 2009, seria Lemur

Han Shaogong jest wybitnym chińskim powieściopisarzem, eseistą i tłumaczem. Słownik Maqiao jest pierwszą powieścią tego pisarza, przetłumaczoną na polski.

Ta nietypowa powieść, napisana w formie haseł słownika, powstała na kanwie osobistych doświadczeń, obserwacji i przemyśleń autora, który w latach rewolucji kulturalnej (1966 - 1976) zesłany został na resocjalizację do małej wioski Maqiao położonej na południu Chin. Po skończeniu gimnazjum 16-letni Han spędził tam sześć ważnych lat swego życia. Pochodził z rodziny inteligenckiej, czyli był "wykształciuchem", więc, zdaniem komunistów, należało mu się doświadczenie biedy i wspólnej ciężkiej pracy wśród prostego ludu.

Dlaczego autor wybrał właśnie taki sposób pisania, pozbawiony płynnej narracji? Wyjaśnia to w następujący sposób: "Od ponad dziesięciu lat pisałem powieści, ale coraz mniej lubiłem je czytać i coraz mniej lubiłem je pisać - oczywiście mam na myśli tradycyjną powieść o wyraźnie fabularnym charakterze. W takich utworach główna postać, główny watek, główny nastrój przesłaniają cały świat, biorąc w wyłączne władanie pole widzenia pisarza i czytelnika, nie dopuszczając żadnych spojrzeń na boki (....)." Pisarz sprzeciwia się tej "tyranii głównych postaci, wątków i nastrojów" i dlatego w "Słowniku" chce "wyskoczyć z głównej fabuły, rozejrzeć się na boki, popatrzeć na rzeczy kompletnie pozbawione znaczenia".

Rozdziały - hasła tworzą mozaikę składającą się na obraz przedziwnego, osobliwego świata, odrębnej mikro-kultury. Intrygująco brzmią już same rozdziały książki np. "Bracia od różnych garnków", "Dawać przyśpiewki", "Docisnąć imię", "Męski grunt i kobieca gleba", "Pchać wózek", "Postawić garnek", "Rozpaść się", "Tatko czerwony kwiatek" - są to specyficzne dla wiejskiej chińskiej kultury słowa/wyrażenia, których sensu nigdy nie moglibyśmy pojąć, gdyby autor nie dokonał ich analizy, a i to nie zawsze wystarcza, gdyż język chiński ma wiele specyficznych właściwości (np. jedno słowo ma kilka odrębnych tonów, a tym samym znaczeń), dla Europejczyków zupełnie kosmicznych. Jest to naprawdę "chińszczyzna" w potocznym rozumieniu tego słowa: np. w języku chińskim nie ma formalnego rozróżnienia czasu przyszłego, teraźniejszego, przeszłego, a niektórzy mieszkańcy M. byli dobrzy w "ciemnej mowie", czyli mowie wieloznacznej, wywodzącej się z taoizmu, gdzie "coś znaczy jedno, ale znaczy też drugie". Bez dogłębnej znajomości chińskiej kultury i języka wiele rozdziałów książki jest po prostu niezrozumiałych..

Przez książkę przewija się galeria barwnych postaci, magicznych, na wpół realnych, osobliwych, dziwacznych, z których każda ma swoją opowieść, na przykład: stary przewoźnik przeprawiający ludzi przez rzekę; szalona "kobieta od snów", która przynosiła szczęście hazardzistom; człowiek, który żył z połową głowy (druga połowę obcięto mu mieczem); jadowita babka - wiejska trucicielka; nieszczęśliwy, samotny siłacz, niemowa Yanzao, który wykonywał najcięższe prace i jako jedyny we wsi mógł stosować pestycydy - miał  magiczną, nieludzką odporność na nie. Tenże Yanzao "przeżył ukąszenie węża, bo był bardziej trujący niż wąż". Stał się męczennikiem, ciągle wyszydzanym i prześladowanym w tej małej społeczności.

Pisarz sięga do źródeł pochodzenia języka, do mitów, wierzeń, zwyczajów składających się na kulturę tego rejonu. Sięga do dawnych przekazów i wiedzy, umiejscawiając tym samym rewolucję kulturalną wśród odwiecznej, budowanej przez wieki historii. Władza przewodniczącego Mao to jeden krótki epizod, czasem śmieszny, czasem przerażający, groteskowy, który nie był w stanie zachwiać tradycyjną strukturą społeczną.

Czytając tę bogatą książkę, która mogłaby być zarazem podręcznikiem czy słownikiem antropologii kulturowej, poszłam swoimi własnymi tropami, nie wszystko czytałam z jednakowym zainteresowaniem, a pewne fragmenty - zwłaszcza te czysto lingwistyczne - pomijałam. Moje czytelnicze ścieżki/tropy to:
1. Osobista sytuacja autora, jego emocje, uczucia, czysto prywatne refleksje. Wytropienie tych fragmentów nie było łatwe, gdyż pisarz skrył swoje emocje  pod rolą obserwatora i niewiele samego siebie w książce ujawnił, pisze np. o przyjaźni z jedynym bliskim mu duchowo chłopcem o imieniu Fuchąa i o wspólnej pracy na nocnej zmianie przy nawadnianiu pola w okresie suszy, czy o subtelnym zauroczeniu jedną z nielicznych "kobiecych" kobiet, z którymi zetknął się w czasie tego zesłania. Już po powrocie do normalnego życia nękały go wyrzuty sumienia związane z tym, że tak szybko zapomniał o tamtych latach i chciał je odkupić datkiem 20 juanów dla gościa z Maqiao odwiedzającego go w mieście, co "było zapłatą za jakąś moją tęsknotę, odkupienie wyrzutów sumienia, zakupienie spokoju ducha, wykupienie sobie poczucia własnej szlachetności. Pomyślałem sobie, że za te dwadzieścia juanów będę mógł już za chwilkę zacząć sobie coś nucić i zająć się aparatem fotograficznym."
2. Sytuacja kobiet, świat kobiecych emocji, znaczeń. Niewiele postaci kobiecych przewija się przez tę grubą książkę, przeważnie są one dziwaczne: jadowita czarownica, staruszka; niespełna rozumu "kobieta od snów"; udająca chłopaka przodownica pracy, niedostępna siostra Wan. Uważano, że piękne kobiety powodują niezgodę, np. w czasie wielkiej wody albo silnego wiatru nie wolno było zabierać na łódź ładnych kobiet. To, co piękne budziło niezgodę, zawiść. Na przykład Tiexiang, która została żoną Benyi - jej zapach był przyjemny, ale szkodliwy dla roślin (więdły chryzantemy), dla zwierząt (powodowały choroby różne, wściekały się), dla ludzi także (zwłaszcza dla własnego męża, przerażonego jej "cudnością", któremu sprawiała dużo kłopotów). Tiexiang rozpraszała wszystkich mężczyzn swoim wdziękiem, zachowaniem, urokiem jaki rzucała. Została też bohaterką jednego z największych skandali w wiosce, romansowała z dziwakiem Trzyuchym, a potem uciekła z nim od męża. Korzeniom, prawdopodobnym przyczynom jej zachowania oraz społecznemu oddźwiękowi tego skandalu autor poświęcił sporo stron wnikliwej analizy. Autor uważa, że Texiang świadomie wybrała stojącego najniżej w hierarchii społecznej Trzyuchego - "jego marność i wulgarność zauroczyły ją, możność odbudowania doskonałości mężczyzny wzburzyła i poruszyła jej serce." "Polubiła uderzenia ratanowego bata i kija, pokochała mężczyznę, który na jaj ciele zostawiał rozdzierające rany brutalnej uwagi i oszalałego pragnienia". Jeden z rozdziałów książki ("Mały starszy brat") to wnikliwa, arcyciekawa analiza roli kobiety, kobiecości w kulturze wiejskiej.

3. Specyficzny wiejski światopogląd, w tym wyobrażenia wieśniaków o mieście, o świecie. Dla mieszkańców M. miasto i świat są dziwne i chore. "Choroba ulicy" przypomina chorobę morską, ale dotyka wieśniaków się na ulicach miasta. Jej objawy to "bladość, mroczki przed oczami, utrata apetytu, bezsenność i rozkojarzenie, utrata sił, brak oddechu,  duszności, gorączka, zaburzenia tętna, wymioty i biegunka". Mieszkańcy Maqiao nie nocują więc w mieście, kiedy nie muszą. To zjawisko autor uznał za element sugestii psychologicznej, podobnej do hipnozy. Pisarz w ogóle odwołuje się często do europejskich teorii psychologicznych, a zwłaszcza do psychoanalizy, jak sądzę chyba zbyt dosłownie. Mieszkańcy M. aż tak nie lubili miasta, że jedyną linię autobusową trzeba było zlikwidować... Mieli oni zawsze poczucie własnego centralnego położenia, a w ich sercach głęboko zakorzeniła się arogancja i pewność siebie; inne miejsca, cały świat uważali za barbarzyński. Tubylcy z wielką gorliwością piętnowali to, co jest inne, dziwne, "cudne". "Tutejszym ludziom najbardziej zależało na tym, żeby potwierdzić swoją przeciętność i zwyczajność, to, że ludzkie życie może toczyć się tylko w zgodzie z przyjętą normą. Wszelkie zachowania z nią sprzeczne z natury rzeczy przestawały być zachowaniami ludzkimi, mogły pochodzić tylko od jakichś mrocznych, niezbadanych bytów, zależeć od woli nieba i jego tajemnych mechanizmów, na które człowiek nie ma żadnego wpływu." - pisze Shaogong.
4. Obserwacje socjologiczne, dotyczące organizacji i hierarchii społecznej, np. o "językowej dyktaturze" i o prawie głosu autor tak pisze: "Ludzie z prawem głosu nie byli specjalnie oznakowani ani nie mieli specjalnej przynależności, ale ich obecność jako językowych przywódców wszyscy wyczuwali i wszyscy byli świadomi ciężaru ich władzy. Kiedy otworzyli usta, chrząknęli albo spojrzeli, wszyscy natychmiast milkli, nastawiali uszu i słuchali z szacunkiem. Nawet jeśli się z czymś nie zgadzali, nie mogli swobodnie przerwać ani się wtrącić. Ta cisza była najczęstszą oznaką prawa głosu, pokornym, milczącym i zgodnym poddaniem się językowej dyktaturze, I przeciwnie, ktoś, kto nie miał prawa głosu, był "nieważną postacią o nieważnych słowach", jego słowa nie miały żadnego znaczenia, nikogo nie obchodziło ani to, co mówił, ani czy w ogóle miał możliwość się odezwać.(...) Kiedy ta nieznośna sytuacja powtarzała się zbyt często, człowiekowi trudno było zachować wiarę we własne wypowiedzi, trudno mu było nawet zachować umiejętność mówienia.". A kto nie miał głosu? Kobiety, ludzie młodzi, rodziny ubogie. Zaś Benyi - sekretarz lokalnej organizacji partyjnej - miał największe prawo głosu, a wobec braku słuchaczy czasem z upodobaniem mówił sam do siebie. Zdaniem Shaogonga każda władza ma swój język, tym można tłumaczyć nieufność komunistów wobec innych języków: w czasie rewolucji kulturalnej w księgarniach brak było książek poza książkami Mao, a autor został zbesztany nawet za czytanie Marksa. Wśród mieszkańców M. krążyły także (obok prawdziwych, wygłaszanych, recytowanych na osobnych spotkaniach) fałszywe myśli Mao np. "Przewodniczący Mao powiedział, że trzeba oszczędzać ziarno, ale nie można codziennie jeść kleiku".
5. Obecność historii w życiu wioski. W Maqiao dokonywało się jakby przesunięcie czasowe - wszystko pojawiało się o fazę za późno, wieśniacy zawsze byli z tyłu z biegiem i rozumieniem historii np. chcieli rozprawić się z obszarnikami, zagrabić ich majątek, ale kiedy się do tego w końcu zabrali, po długim okresie tchórzostwa, to w okolicy nie było już żadnego ciemiężcy, a jedyny prawdziwy obszarnik, którego znali, przybrał postać ślepej bawolicy, całe dnie tyrającej w polu.
Wielkie wydarzenia historyczne, jak na przykład wojna chińsko-japońska, czy dojście Mao do władzy, omijały Maqiao szerokim łukiem, docierały z opóźnieniem. Oddzielone od reszty kraju łańcuchem gór Jiulian, z powodu wojennego chaosu, czy też okresów wielkiej suszy Maqiao miało coraz mniej kontaktów z zewnętrznym światem  Wiedza o świecie pochodziła od wracających do domu starych żołnierzy.

Książka Shaoshonga jest pełna absurdalnego humoru - to najlepszy jak się wydaje sposób opowiedzenia o tamtych czasach. Na przykład: w okresie rewolucji kulturalnej władze piętnowały wszystkie zachowania będące xia, czyli "niskie, wulgarne, lubieżne". Przewodniczący komuny "nie tylko zarekwirował wszelką ponadustawową prywatną ziemię, prywatny nawóz, prywatny drób itd., ale na wielkim zgromadzeniu zademonstrował też jakiś dziwny przedmiot, dwie długie lustrzane rurki i groził, że dzięki nim zobaczy "wszystkie wasze wszeteczne, niskie sprawki" (była to po prostu lornetka). Od tej pory mieszkańcy wioski bali się swobodnie wyrażać, odzywać, zachowywać, chodzili spać wcześnie i bali się dotykać własnej żony" :).

Zachęcam co bardziej dociekliwych czytelników, których nie przerazi objętość książki i antropologiczno-lingwistyczne zacięcie autora, do wybrania się w tę podróż w czasie i przestrzeni, do podążenia swoimi własnymi tropami i zanurzenia się w tę niezwykle ciekawą lekturę. Książka jest kopalnią wiedzy, przebogatym materiałem źródłowym o chińskiej wiejskiej kulturze, wnikliwą analizą jej specyfiki oraz arcyciekawą opowieścią tym, jak w małej chińskiej wiosce próbowano wdrożyć komunizm. Od strony literackiej jest również znakomita - podziwiam erudycję, błyskotliwość, ogromną sprawność w posługiwaniu się słowem - to klasa mistrzowska, zapewne również dzięki znakomitemu tłumaczeniu Małgorzaty Religi.

Moja ocena: 5/6

 

 

 

poniedziałek, 09 sierpnia 2010

I ostatnia pozycja z wakacyjnego zestawu moich lektur - "Droga do domu" Rose Tremain. Gdybym wcześniej znała temat powieści, to pewnie zawahałabym się, czy to książka dla mnie. Podeszłam do niej nieco sceptycznie, mimo że autorkę ogromnie cenię zwłaszcza za  piękną historyczną powieść pt. "Muzyka i cisza", którą włączyłam do wąskiego grona moich ukochanych książek, mających swoją oddzielną półkę (patrz: Moje magiczne lektury). Druga jej książka wydana dotychczas w Polsce to "Jej portret" (o kilkunastoletnim chłopcu zauroczonym dojrzałą kobietą) też bardzo mi się podobała. Mam nadzieję, że kolejne powieści Rose Tremain będą w Polsce stopniowo wydawane.

Rose Tremain i temat współczesny? - niee .. to wydawało mi się niemożliwe. Ale "Droga do domu" (ten tytuł pasował do rzeczywistości, bo książkę kończyłam już w drodze powrotnej do domu, siedząc w wygodnym, klimatyzowanym autokarze) zaskoczyła mnie tym, że z niełatwym, wspólczesnym tematem - losy rosyjskiego emigranta w Londynie - pisarka poradziła sobie bardzo dobrze, opowiadając tę historię z dużą delikatnością, subtelnością, umiejętnie balansując pomiędzy dramatem a humorem, wykazując duże wyczucie w budowaniu psychologicznych portretów. Obawiałam się dosłowności, banalnych prawd, stereotypów i uproszczeń wynikających z nieznajomości realiów emigrantów ze wschodniej Europy, okazało się jednak, że zupełnie niepotrzebnie. Rose Tremain kolejny raz potwierdziła swoją klasę.

Powieść pozostawiła we mnie ciepłe uczucia, trochę smutku i melancholii. A główny bohater, Lew (czy to Polak, czy to Rosjanin?) to trochę co prawda wyidealizowany, ale bardzo interesujący, romantyczny słowiański macho, który Londyn poznaje - dosłownie i w przenośni - od kuchni, pracując i podpatrując mistrza w renomowanej restauracji, początkowo roznosząc ulotki dla właściciela kebab-baru, a w najgorszym okresie pracując na farmie przy zbiorze szparagów. Lew bywa także od czasu do czasu (trochę jak polski Dyzma) na salonach i w przybytkach kultury, ocierając się o zupełnie abstrakcyjny dla niego świat angielskich snobów. Życie uczuciowe Lwa jest skomplikowane i toczy się między milością i tęsknotą za uwielbianą, nieżyjącą żoną, fascynacją erotyczną do zmysłowej Sophie i tkliwymi uczuciami do mądrej przyjaciółki. Autentyczne, ciepłe, zwyczajne są wszystkie postaci powieści - w tym, mieszkający w kraju przyjaciel Lwa, niesamowity wariat Rudi, przyjaciółka Lidia, kochanka Sophia oraz angielski przyjaciel Lwa, samotnik i alkoholik - Christy. W tle powieści, przedstawiony nieco karykaturalnie, z humorem, barwny, konsumpcyjny, snobistyczny, ale także ciężko pracujący i uganiający się za pieniędzmi - Londyn.

Moja ocena: 5/6

Droga do domu, Rose Tremain, Wydawnictwo Zysk i S-ka 2010

Przed wyjazdem na urlop trafiłam na entuzjastyczną recenzję książki pt. "Historia Edgara" Davida Wroblewskiego. Zachęcona zabrałam ją na wakacje. Pisarz nawiązuje do tradycyjnej literatury przygodowej dla chłopców, powieść można także nazwać psychologicznym thrillerem. Bohaterem tej historii jest 14-etni chłopiec, niemowa, żyjący wraz z rodziną w odludnej części stanu Wisconsin, na pograniczu z Kanadą. Umieszczenie akcji w tym właśnie pięknym miejscu, wśród dzikiej przyrody to oczywiście bardzo dobry i zachęcający pomysł, bo przywodzi na przykład na myśl takie książki , jak "Kradnąc konie" Pettersona, czy "Czułość wilków" Penneya. Książka Wroblewskiego wydaje się znacznie, niestety, słabsza.

Z przyjemnością, co prawda, czytałam pierwszą część książki opowiadającą o żmudnym, codziennym prowadzeniu psiej farmy, o tajnikach hodowli wyjątkowej rasy psów o najlepszych cechach genetycznych; o pięknej, wzruszającej przyjaźni (czy też może metafizycznym porozumieniu) pomiędzy psem a dzieckiem. Edgar, mimo swojej ułomności, jest bardzo inteligentnym i wrażliwym chłopcem, uczącym się szybko komunikacji z ludźmi. Najlepiej dogaduje się jednak ze zwierzętami, stopniowo uczy się odpowiedzialności za powierzone mu szczeniaki. W jego własnej rodzinie relacje znacznie się komplikują, a chłopiec musi uciekać z domu. Ta część powieści opisująca niezwykle trudną ucieczkę Edgara (wraz z trzema szczeniakami) poprzez bezkresne lasy pogranicza jest również bardzo ciekawa i nawiązuje do klasycznych powieści o dojrzewaniu. Jednak wtedy, gdy pisarz wprowadza do książki czarny charakter - postać stryja Claude'a - powieść traci na przejrzystości, wyrazistości, a jej przesłanie staje się niezbyt czytelne. Najbardziej zawodzi warstwa psychologiczna książki, a już zwłaszcza motywy działania tajemniczego stryja Claude'a są całkiem niezrozumiałe. Tym samym czytelnik nie poznaje prawdziwych przyczyn dramatu, który rozegra się na farmie. Książka wydaje się niedopracowana, a może autorowi zabrakło jednak pewnych umiejętności dojrzałego pisarza? Wydaje mi się, że autor zmarnował doskonały temat, starając się zrobić na silę z powieści przygodowej mrożący krew w żyłach thriller. Szczerze mówiąc, choć powieść czyta się szybko, jednak nie jest to literatura moich marzeń. Kolejne postanowienie: raczej unikać pisarskich gwiazd jednego bestsellera (tak było i z "Gargulcem" Davidsona, apetyt był wielki, a potem rozczarowujące nienasycenie).

Moja ocena: 4/6

Historia Edgara, David Wroblewwski, Wydawnictwo Sonia Draga 2009

Po "Panu Mani" długo nie mogłam ochłonąć. Jednak nadal kusiła i kusi mnie egzotyka Azji i Bliskiego Wschodu, więc wtopiłam się tym razem w klimat prowincjonalnej Turcji, pięknie zobrazowanej przez noblistę Orhana Pamuka, którego - wstyd się przyznać - znam dotąd tylko z pierwszej wydanej w Polsce powieści "Śnieg". "Nowe życie" to coś w rodzaju filozoficznej powieści drogi, ballady autobusowej połączonej z thrillerem -  dziwna to lektura, ale bardzo klimatyczna i wciągająca. Początek powieści był dla mnie wyzwaniem - nużąca spowiedź studenta, który trafił na książkę, która zmieniła jego życie i - na równi z pewną dziewczyną - stała się jego obsesją. Stopniowo jednak dałam się wciągnąć w rytm prozy Pamuka, w miarę jak pojawiały się nowe, coraz bardziej interesujące wątki, osadzone w na poły w konwencji magicznej, na poły w konkretnej rzeczywistości. Obrazy, które najbardziej pozostały mi w pamięci to podróż dwojga bohaterów poprzez zapyziałą, prowincjonalną Turcję, kraj widziany z okna autobusu i z perspektywy niewielkich dworców autobusowych, restauracji i sklepików, malych miasteczek z wszechobecnym pomnikiem Ataturka. Pamuk szczegółowo portretuje Turcję wyznającą tradycyjne wartości, ale do której dociera już zachodni kicz, tandeta oraz model konsumpcji typu coca-cola, zastępujący znane, przyjazne człowiekowi, swojskie klimaty, stare przedmioty i architekturę. Miałam poczucie odrealnienia, przebywania jakby w innej rzeczywistości, wzmacniane przez stale powtarzane odcinki tej niekończącej się podróży dla samego podróżowania, niezliczone przesiadki wędrowców, upiorne wyczekiwanie pary podróżników na katastrofę kolejnego autobusu, wszechobecną śmierć, przerażająca ciszę po katastrofie i syreny nadciągających pojazdów wiozących ratowników. Dziwna para młodych wędrowców - niedoszłych kochanków - ma do spełnienia niezwykłą misję, związaną z magiczną książką i - z niewiadomych przyczyn - ze spokojem uczestniczy w tej autobusowej wędrówce.

Przez tę powieść płynie się jak we śnie, nie do końca wszystko rozumiejąc. Pamuk zdaje się mówić czytelnikowi, że nie musi on wszystkiego wiedzieć, można po prostu podążać, dawać się ponieść fali słów, a czasem spróbować zadać sobie pytania, na które nie ma jednak gotowych odpowiedzi. Dlaczego tytułowa książka jest tak ważna i czym właściwie jest? Autor częściowo daje odpowiedź na to pytanie mówiąc, że jest to książka składająca się z fragmentów najważniejszych książek życia, książka wszystkich książek. Dlaczego giną ludzie, którzy w tę książkę uwierzyli, jakie ma ona przesłanie? Co to znaczy, że dostali oni olśnienia, oświecenia, że zmieniła ona ich życie i - czy znaczy to - że uwierzyli w wartości uniwersalne Zachodu, czy tez zaufali tradycyjnym dogmatom Wschodu? Książka, napisana pięknym językiem, jest też kopalnią zdań, fragmentów np. o duszy pięknych przedmiotów, o niedosięgłej miłości, a także o książkach, ich misji i wpływie na nasze życie. Może kiedyś będę miała nastrój na to, żeby je sobie spisać i przypomnieć.

Moja ocena: 5/6

Nowe życie, Orhan Pamuk, Wydawnictwo Literackie Kraków 2008

Idąc dalej tropem fascynującej kultury żydowskiej zabrałam się za lekturę "Pana Mani" Awrahama Jehoszui, która to książka okazała się znakomitą  czytelniczą ucztą. Również i tego pisarza znam z dwóch świetnych powieści: "Kochanek" i "Droga do Indii". "Pan Mani" jest - w mojej opinii -  najlepszą z nich, choć pozostałe również gorąco polecam. Powieść przedstawia losy kilku pokoleń rodziny sefardyjskich Żydów. Kolejnych panów Mani poznajemy poprzez opowieści osób im bliskich lub tych, z którymi przypadkowo zetknęli się w przełomowych, dramatycznych momentach swojego życia. Pisarz stosuje niezwykle ciekawy zabieg formalny - każdy z rozdziałów powieści stanowi zapis części dialogu jakiejś ważnej postaci (świadka niezwykłych zdarzeń) z inną osobą, której słowa zostały pominięte... Wyłaniająca się historia to taki wielogłos o panach Mani, z których każdy był arcyciekawą postacią... Jehoszua porusza kwestie najistotniejsze dla ludzkich losów, związane z przekazem tradycji rodzinnej i religijnej, mistycyzmem i przeklętym losem żydowskim, z wielonarodowością i wielokulturowością Bliskiego Wschodu, a także z fundamentalną dla zachowania życia, biologiczną, a jednocześnie magiczną, rolą kobiet w przetrwaniu narodu.

Książka to także wspaniały portret Jerozolimy, która wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk, zmieniali się kolejni okupanci, ale  niesamowita atmosfera tego miasta pozostała niezmienna, wywierając piętno na kolejnych członkach rodziny Mani. W powieści pojawiają się także elementy polskie (małe miasteczko w Galicji koło Oświęcimia) i przepięknie opowiedziana historia podróży dwojga polskich Żydów do Jerozolimy.

"Pan Mani" to powieść wspaniała, pasjonująca, wyjątkowa, wielowątkowa i poruszająca tak wiele strun, tak wiele emocji, że zasługuje na dokładniejsze omówienie - czuję taką potrzebę, żeby jeszcze raz ją przejrzeć i przeanalizować. "Pan Mani" to mój kandydat do najlepszej książki roku. Szczerze polecam.

Moja ocena: 6/6

Pan Mani, Awraham B. Jehoszua, Wydawnictwo Cyklady Warszawa 2008

Akcja kolejnej wakacyjnej powieści - "Stróż świtu" Richarda Zimlera - również odbywa się w kolonialnych tropikach, tym razem w XVI-wiecznym Goa, które wtedy stanowiło część imperium Portugalii. Autor jest mi znany z bardzo dobrych historyczno-przygodowych książek, należących do tego samego cyklu o Zarco, rodzinie portugalskich żydów: "Ostatni kabalista Lizbony" (tu tłem historycznym jest masakra Żydów w Lizbonie w 1506 roku) i "Szukanie Midnighta" (o inwazji Napoleona na Portugalię). Dla uciekającej z Portugalii żydowskiej rodziny Zarco Indie stały się niemal ziemią obiecaną, rajem na ziemi... Tiago i jego siostra Sophia wraz z ojcem i hinduską kucharką wiodą szczęśliwe życie na obrzeżu kolonii. Główny bohater przeżywa co prawda niełatwe rozterki wieku dojrzewania, pierwszą, zakazaną miłość do młodziutkiej Hinduski, gorycz i zawód chłopięcej przyjaźni, jednak jest to okres bezstroski i spokoju. Sielanka trwa jednak krótko.... do czasu, gdy Święta Inkwizycja (pod przewodnictwem przyszłego świętego, ojca Franciszka Ksawerego) wzmaga swoją aktywność... Od tej chwili zmienia się klimat książki, staje się ona wstrząsającą opowieścią o niesprawiedliwym uwięzieniu ojca rodziny, a potem również jego syna, o cierpieniu i dotkliwej samotności w celi, o torturach i haniebnym działaniu inkwizycji, o przerażającym auto da fe oraz o stosach, w których ginęli niewierni...

Przede wszystkim jest to jednak powieść o zdradzie i okrutnej, przewrotnej zemście, która w końcu okazuje się niesprawiedliwa i najbardziej dotyka samego mściciela... Książka nawiązuje nieco do klasycznego "Hrabiego Monte Christo", przypomina mi również kultową "Williama Goulda księgę ryb" Flanagana. Nie wiem, co prawda, jak z wiernością historyczną, jednak "Stróż świtu" spełnia wszystkie kryteria świetnej powieści historyczno-przygodowej i czyta się ją doskonale.

Moja ocena: 4,5/6

Stróż świtu, Richard Zimler, Wydawnictwo Zysk i S-ka 2006?, seria Labirynt

Sześć wakacyjnych lektur

Tym razem pakowałam się w pośpiechu, do końca mając na głowie tysiące przedurlopowych spraw do załatwienia. Nie do końca przemyślałam zestaw wakacyjnych lektur, zdając się bardziej na przypadek. Pojechałam na dwa tygodnie nad morze, marząc o wygrzewaniu się na plaży z dobrą lekturą w ręku. Na czternaście dni pobytu, aż siedem było pochmurno-burzowo-deszczowych, a jeden dzień to koszmarny tropikalny upał (przyznam szczerze, że odważyłam się wyjść z domu dopiero koło 18). Aura co prawda sprzyjała w zasadzie czytaniu, ale miałam kiepski nastrój nie mogąc do końca nasycić się widokiem morza, ciepłym piaskiem itd. W związku z tymi pogodowymi huśtawkami narodziło się we mnie takie powakacyjne postanowienie: nigdy więcej nie wyjeżdżać nad morze w lipcu. Kilka dni w miarę słonecznych przeznaczyłam częściowo na czytanie, częściowo na opalanie i spacery, no a te deszczowe w większości na lekturę. Tylko co to za przyjemność siedzieć w pomieszczeniu słuchając bębniącego deszczu, nawet jeśli książka jest arcyciekawa ... Znalazłam sobie (jak zwykle zresztą) ulubiony kącik do czytania, a była to tym razem bujana ławka pod daszkiem, z której korzystałam wtedy, kiedy nie lało zbyt mocno.

Do torby włożyłam te książki, które w ostatniej chwili wpadły mi w ręce, a sądziłam, że są tzw. pewniakami (znani autorzy, ulubione klimaty). Z siedmiu zabranych pozycji ("Panowie herbaty" Helli Haasse, "Stróż świtu" Zimlera, "Pan Mani" Jehoszui, "Nowe życie" Pamuka, "Historia Edgara" Wroblewskiego, "Droga do domu" Rose Tremain, "Ada albo Żar" Nabokova), nie udało mi się przeczytać jedynie "cegły" Nabokova - a bardzo ona mnie kusi... W sumie cieszę się z dobrego wyboru, tym bardziej, że trafiła mi się książka, która ma wielkie szanse zostać moją lekturą roku 2010 ("Pan Mani" Awrahama Jehoszui).

Urlop zaczął się przy tropikalnej pogodzie, więc na pierwszą lekturę wybrałam, opartą na źródłowych dokumentach, powieść "Panowie herbaty" nieznanej mi dotychczas pisarki Helli S. Haasse, opowiadającą o holenderskiej kolonizacji Jawy. Jej książki od jakiegoś czasu wydaje oficyna Noir sur Blanc. Historia kolonizacji, atmosfera tropików - to jest to co bardzo lubię i do czego w powieściach chcę wracać. Ten klimat za mną "chodził", a dotychczas zachwyciły mnie najbardziej "Kalimantan" Godshalka (o Borneo), "Stroiciel" Masona (o Birmie). Również powieść pani Haasse nie rozczarowała mnie, choć jej styl jest dość chłodny, oszczędny, a ja jestem wielbicielką prozy emocjonalnej, magicznej, metaforycznej :). Z jednej strony to dobrze, że autorka część spraw pozostawia niedopowiedzianych, nie interpretuje do końca wszystkiego, zostawiając wiele wyobraźni czytelnika, z drugiej strony czułam jednak niedosyt. Na przykład w książce zabrakło mi kobiecej perspektywy, kobiecego obrazu świata kolonii, a portret kobiety, holenderskiej osadniczki jest skąpy, nie do końca satysfakcjonujący. Owszem, poznałam męski punkt widzenia głównego bohatera, plantatora Rudolfa Kerkhovena (głównie na podstawie prowadzonej z rodziną korespondencji), jego ambitne przedsięwzięcia oraz problemy związane z prowadzeniem plantacji herbaty i chinowca (arcyciekawe zresztą), a także politykę ą kontaktów z tubylcami oraz  walkę o władzę pomiędzy kilkoma rodami kolonizatorów. Świetnie udokumentowany został męski świat plantatorów, budowanie holenderskiego imperium finansowego i terytorialnego. Kobiety pozostają w tle, ich problemy są owiane tajemnicą, nie do końca zbadane. Może tak powinno być :).

W sumie ciekawa jestem innych książek pani Haasse, żeby móc wyrobić sobie o jej pisarstwie bardziej zdecydowaną opinię. Rzeczywiście, jak gdzieś wyczytałam, jej styl ma coś wspólnego ze stylem Doris Lessing - jeśli chodzi o oszczędność słów i dystans emocjonalny to na pewno.

Moja ocena: 4,5/6

Panowie herbaty, Hella S. Haasse, Wydawnictwo Noir sur Blanc 2010

środa, 03 marca 2010

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008

Czytane przeze mnie ostatnio książki jakoś łączą się w pary. Pierwsza para tego roku to dwie mini-powieści Alessandro Baricco: Novecento i Bez krwi. Urzekło mnie zwłaszcza Novecento, poetycka opowieść o urodzonym na statku podrzutku, genialnym samouku - pianiście, którego noga nigdy nie stanęła na stałym lądzie... Nadal mam ochotę na więcej Baricco, a zwłaszcza na osławiony Ocean morze.

Druga para to tym razem powieści chińskie. Przeczytałam jednym tchem Braci Da Chena, których nie będę omawiać, bo sporo osób już to zrobiło na swoich blogach. Zgadzam się, że jest to książka, którą nie tyle czyta się, co pochłania -  opowiedziana w zawrotnym tempie historia Chin w pigułce. Za to w kolejnej - Słownik Maqiao - można się rozsmakować, delektować, czasem też z wypiekami na twarzy, ale zupełnie inaczej, bardziej refleksyjnie.

Kolejna para to kryminały historyczne: Marcowe fiołki Philipa Kerra, którego znam już z innej świetnej powieści  kryminalnej pt. Ciemna materia (o XVII wiecznym Londynie i Isaaku Newtonie w innej roli) oraz Ojcobójca. Sprawa Filipa Halsmanna Martina Pollacka. Marcowe fiołki, o których wcześniej słyszałam, że to stylowy, rasowy kryminał, mocno mnie rozczarowały. Owszem jest klimat przedwojennego Berlina, atmosfera narastającego strachu i rosnącej w siłę nowej władzy, owszem jest samotny, bogartowski  bohater - prywatny detektyw, ale .... zmęczył mnie nadmiar postaci i wątków, pogubiłam się w akcji, więc stwierdziłam, że może to tylko dla wytrawnych i bardziej uważnych wielbicieli gatunku ...

Ojcobójca natomiast to bardzo dobra książka, oparta na faktach, książka, którą można uznać za kryminał lub dramat sądowy. Martin Pollack, niemiecki tłumacz, eseista, publicysta, przyjaciel Kapuścińskiego  i tłumacz jego dzieł, zebrał i zanalizował fakty z młodości jednego z największych XX wiecznych fotografów Filipa Halsmanna, zafascynowany tajemnicą tkwiącą w jego przeszłości. Jak pisze autor w posłowiu, w swoich fotografiach Filip Halsmann stworzył wspaniałe ikony odnoszącego sukcesy, optymistycznego, witalnego społeczeństwa amerykańskiego po drugiej wojnie światowej. Słynne są np. jego fotografie z serii jumpology - uchwycił w obiektywie skaczących (jak ich do tego namówił?): Marylin Monroe, Brigitte Bardot, Audrey Hepburn, Grace Kelly, Marca Chagalla czy Richarda Nixona. Nie wiemy, czy i jak tragiczne zdarzenia z przeszłości mogły mieć wpływ na sposób patrzenia, fotografowania świata, gdyż artysta nigdy do nich później nie wracał.

Ojciec Filipa Halsmanna, 48-letni żydowski dentysta z Rygi, zginął podczas górskiej wycieczki w Dolinie Ziller w Alpach. 22-letni wówczas Filip był jedynym świadkiem wypadku ojca. Był rok 1928, przedwojenny, ultrakatolicki, austriacki Tyrol. Trwała moda na górskie wycieczki w alpejskiej przyrodzie, zaczyna się kult zdrowego (aryjskiego) ciała, powoli narasta fala nacjonalizmu i niechęci wobec obcych, wobec Żydów. Powstają nawet towarzystwa alpinistyczne osobne dla aryjczyków, osobne dla Żydów; pojawiają się hasła w stylu: tylko aryjscy alpiniści mogą odczuwać prawdziwą miłość do gór. Ojciec Filipa jest dosłownie opętany przez góry, uwielbia filmy o górach i nie zważając na swoją nie najlepszą fizyczną kondycję planuje i realizuje kolejne górskie wyprawy, zalicza kolejne szczyty, nie interesując się zdaniem syna w tej sprawie, który wydaje się uczestniczyć w zaplanowanych szczegółowo przez ojca wyprawach bez prawdziwej przyjemności. Z drobiazgową dokładnością Pollack opisuje ów feralny dzień, w którym zdarzył się wypadek - 11 września 1928 roku. Filip Halsmann widzi upadek ojca, zastaje go zakrwawionego, biegnie po pomoc i .... zostaje posądzony o morderstwo. Co się wtedy naprawdę stało? Tego do końca się nie dowiemy nigdy.

Dla mnie Ojcobójca jest powieścią o dochodzeniu do prawdy, kojarzy mi się ze starym filmem Antonioniego pt. Powiększenie, a także z doskonałą książką Juliana Barnesa "Arthur i George". Nieważne jak dużo szczegółów autor przedstawia, ile dokumentów, ile relacji świadków (w większości fałszywych), ile plotek i pogłosek, anonimowych donosów, ile strategii obrońców, ile artykułów, komentarzy i dyskusji prasowych, listów i politycznych apeli; jak daleko idące są analizy ekspertów, opinie psychiatryczne, teorie psychologiczne największych autorytetów epoki na temat tego zdarzenia - wcale dzięki temu nie zbliżamy się do prawdy. Zarówno sama ta dziwna historia, jak i sam młody Filip Halsmann pozostają zagadkowe, tajemnicze, niezrozumiałe.

Bardzo ciekawy jest kontekst polityczny (budząca się fala nazizmu, konflikty na tle narodowościowym), tło społeczne (kwitnący nacjonalizm Austriaków, działanie austriackich sądów) i oddźwięk medialny wokół sprawy Halsmanna (relacje z procesów, komentarze prasowe, listy do polityków).  Dzisiaj powiedzielibyśmy, że było to międzynarodowe wydarzenie medialne. Wtedy jeszcze - w końcu lat 20-tych i początku 30-tych -  działało prawo, można było się wypowiadać, bronić, spierać; wszystko jeszcze w granicach prawa .... W sprawie procesu Filipa Halsmanna wypowiadały się takie znakomitości jak: Einstein, Fromm, Freud, Thomas Mann. Broniła go głównie żydowska inteligencja, sławni, uznani adwokaci. Niesamowite jest to, jak szerokie kręgi zatoczyła ta dyskusja - trwała prawdziwa wojna ekspertów. Zabierali w niej głos specjaliści niemalże z każdej dziedziny nauki - prawa, psychiatrii, okulistyki, grafologii, rodzącej się i zdobywającej renomę freudowskiej psychoanalizy, filozofii. Filipa podejrzewano o to, że uległ halucynacji, że utracił zdolność pamiętania na skutek szoku, że miał zaburzenia percepcji, złudzenia (wada wzroku, przemęczenie podczas wyprawy). Psychiatrzy austriaccy uznali, że motywem zbrodni mógłby być kompleks Edypa. Ciekawa jest opinia Ericha Fromma, który twierdził, że między ojcem i synem rzeczywiście istniały nieświadome napięcia. Widok leżącego, zakrwawionego ojca  był dla Filipa ciężkim szokiem, gdyż nagle staje mu plastycznie przed oczyma wszystko to, co stanowiło treść jego najtajniejszych, najgwałtowniejszych, potępianych przez sumienie i całkowicie wypieranych ze świadomości, życzeń i emocji. Ma z tego powodu poczucie winy i nie pozostaje tylko jedno wyjście: wyprzeć całą tę sytuację i trwać przy fantazji, która przynosi ulgę. Jest to próba wyjaśnienia, dlaczego Filip nie współpracuje z obrońcami podczas procesów sądowych i zdecydowanie upiera się przy wersji, że był to wypadek, a nie morderstwo np. na tle rabunkowym. Również Freud stwierdził podobnie, że właśnie z powodu swej wszechobecności kompleks Edypa nie pozwala wnioskować o sprawstwie.

Zażarte dyskusje prowadzono także w prasie, która albo zdecydowanie potępiała i uznawała Filipa winnym, albo nazywała oskarżenie i skazanie młodego Halsmanna tragiczną pomyłką sądową, morderstwem sądowym. Ogłoszono kryzys zaufania do sądów przysięgłych, który to system obowiązywał wówczas w Austrii, gdzie sądzono Filipa. Młody, buńczuczny, arogancki, inteligentny, oczytany, piszący wiersze, studiujący w Niemczech rosyjski Żyd nie zjednał sobie sympatii przysięgłych, gdyż był z gruntu obcy (kulturowo, narodowościowo) tym, którzy go sądzili. Jak pisano w prasie była to katastrofa nadinteligentnego oskarżonego w sali sądu. Bardzo interesujące są relacje z procesów sądowych, oddające atmosferę tamtych dni; ciekawe jest prowadzenie procesu, jego skala, szerokie grono rozlicznych ekspertów i nawiedzonych pseudoświadków. Wiele z tropów prowadziło do morderstwa na tle rabunkowym lub rasistowskim, ale nie zdołano zebrać ostatecznych dowodów.

Pasjonujący sądowy dramat - tym przede wszystkim jest książka Martina Polllacka. Idziemy tropem procesu poszlakowego - mamy wszystkie dostępne dane, ale nie zbliżamy się do poznania tajemnicy. Widać, że na podstawie tych samych dowodów można człowieka skazać i uniewinnić, widać jak wiele zależy od subiektywnych czynników, interpretacji faktów, nastawienia sędziów itp. Pollack pisze w dość chłodnym, nie emocjonalnym, nie oceniającym stylu. Mimo to w powieści czuć pasję osoby, która odkrywa, zbiera wszelkie możliwe dokumenty, wyszukuje, przekopuje się przez archiwa w nadziei na odkrycie prawdy. Filip Halsmann zostaje w końcu uwolniony, ale nie uniewinniony. Przenosi się wraz z rodziną do Francji, potem - w ostatniej chwili, tuż przed wojną - ucieka do Ameryki. Zostaje ikoną współczesnej fotografii, ale tajemnica jego życia nigdy już nie zostanie odkryta.

Moja ocena: 5/6

środa, 03 lutego 2010

Wydawnictwo Rebis, Poznań 2007

Córka grabarza to kolejna bardzo dobra powieść Oates, grube tomisko, utrzymane, w charakterystycznym dla jej pisarstwa, klimacie i stylu. Od pewnego czasu śledzę twórczość Oates, jest jedną z moich ulubionych pisarek, obok Margaret Atwood, Majgull Axelsson i Zerui Shalev. Kolejno pochłaniałam powieści J.C.O.: Amerykańskie apetyty (świetna), Oni, Dziewczynę z tatuażami, Pustkowie, Wodospad (doskonały, zbliżony klimatem do Córki grabarza), W średnim wieku. Romans i Zabiorę cię tam oraz zbiór opowiadań pt. Ostatnie dni. Jest to pisarka bardzo płodna i na szczęście polscy wydawcy (Rebis) nie skąpią nam jej dzieł. Co jakiś czas mam ochotę na tę niebanalną, mocną, kobiecą prozę, doskonale osadzoną w społecznych i geograficznych (północne stany Ameryki) realiach. Przede mną jeszcze kultowa Blondynka, Czarna dziewczyna, biała dziewczyna, Mama odeszła, Gwałt. Opowieść miłosna, Czarna topiel, Modliszki, Szalone noce oraz, najnowsza, Moja siostra, moja miłość.

W Córce grabarza, tak jak i w kilku innych książkach Oates, głównym motywem jest walka młodej kobiety o tożsamość i przetrwanie. W świecie zwierząt nie ma miejsca dla słabych. Dlatego musisz ukrywać swoją słabość, Rebeko. Jak my wszyscy. To jedna z kilku życiowych maksym, które Rebeka, bohaterka Córki grabarza, zapamiętuje na całe życie, to przesłanie, odziedziczone po ojcu, Jakubie Schwarcie, niemieckim imigrancie, który, wraz z rodziną, uciekł z ogarniętego szaleństwem nazizmu Monachium.

Schwartowie przypływają do Ameryki w 1936 roku. Ostatniego dnia podróży, w dramatycznych okolicznościach, rodzi się najmłodsze dziecko, Rebeka. Rodzina osiedla się w miasteczku Milburn w stanie Nowy Jork.

Jedyną propozycję pracy, jaką dostaje Jakub, wykształcony nauczyciel, miłośnik niemieckiej filozofii, jest posada grabarza i dozorcy cmentarza. Zajmują starą kamienną chatkę bez wygód, położoną u stóp cmentarza. Od początku pozostają poza nawiasem małomiasteczkowej społeczności. Rodzina skazana zostaje na margines, dyskryminowana, wyszydzana to od Żydów, to od nazistów, coraz bardziej pogrąża się we własnych obsesjach. Niczym głupie, ślepe, podmorskie stworzenia mieszkali razem w swej ciemnej jaskini, ledwie zdając sobie sprawę z obecności tego drugiego. Oates po mistrzowsku opisuje klimat początkowej niechęci, rasistowskich uprzedzeń, nietolerancji, później nienawiści, rodzącej się agresji, przemocy, zła, klimat, który - jak się wydaje - typowy był dla wielu miasteczek wojennej i powojennej Ameryki. Ta atmosfera wokół, stale odczuwane zagrożenie, prawdziwe lub wyimaginowane, nie pozostają bez wpływu na kondycję psychiczną rodziny. Upokorzony Jakub, nienawidzący świata stamtąd i świata stąd, stosuje wobec własnej rodziny całą gamę kar, nacisków, absurdalnych żądań, nakazów, zakazów. Żona i troje dzieci - wszyscy drżą ze strachu przed ojcem. Mają zakaz rozmawiania po niemiecku, bo Jakub brzydzi się własną mową ojczystą – językiem bestii, a po angielsku nie umieją jeszcze mówić; zmuszeni są  pomagać w pracach na cmentarzu; mają ograniczony kontakt ze światem zewnętrznym nie mogąc nawet słuchać radia… Dwóch starszych braci Rebeki stacza się na margines: Herszel staje się poszukiwanym przestępcą, August ucieka z domu przed ojcem. Jakub Schwart był człowiekiem, który kiedy nikt mu się nie stawiał, robił się jeszcze bardziej złośliwy i okrutny. (...) Nie można udobruchać sadysty. Nie ma sensu czekać, aż sadysta zmęczy się swoim okrucieństwem i znajdzie sobie inną ofiarę.

Przerażający jest portret tej rodziny, jej degradacja, duchowe, moralne i materialne ubóstwo. Szwartowie nie odnaleźli w Ameryce upragnionej ziemi obiecanej, nie byli też w stanie zmienić biegu historii, ani pomóc swoim najbliższym, którzy próbowali uciec z Niemiec na statku Marea. Decyzją amerykańskiego rządu statek został zawrócony do Europy; uciekinierzy (w tym niemieccy kuzyni Schwartów) skazani zostali na śmierć, zagładę. Po tym zdarzeniu bezpowrotnie ulegają zniszczeniu resztki pozornej równowagi psychicznej rodziny, a zwłaszcza matki. W chatce nie ma już wspólnych posiłków, tylko przypadki samotniczego, często żarłocznego jedzenia. Stopniowo rodzina traci tożsamość, zakazane stają się wszelkie wspomnienia, pamiątki z życia w Europie. Matka staje się na wpół duchem; rozmawia już tylko ze zmarłymi, a nie z własnymi dziećmi. Los Schwartów niewiele różni się od losu tych, co zostali w starym kraju; tu i tu chowa się zmarłych, i tu i tam walczy się o przetrwanie. Mimowolnie zadawałam sobie pytanie, który koszmar jest gorszy: czy ten w ogarniętej wojną Europie, czy ten, jaki Jakub Schwart zgotował swojej rodzinie.

Jako jedyna z rodziny urodzona w amerykańskiej ziemi, Rebeka przetrwała wszystkie rodzinne wstrząsy, akty okrucieństwa, przemocy, permanentnego poniżania. Jest w tej rodzinie jedyną istotą nieskalaną przeszłością, żyjąca teraźniejszością – czy to dlatego ojciec jej nie zabija, daje jej szansę? Jakub często mówił: urodziłaś się tu, nic ci nie zrobią. Ta wiara, być może, była jedyną bronią przeciwko światu, jedyną osłoną, jaką Rebeka otrzymała od swojej rodziny.

Jej przeznaczenie to przetrwać, potem zapomnieć, zmienić tożsamość, wyzwolić i wymazać przeszłość i w końcu zrealizować swój american dream. Zrywa z piętnem ofiary i wielokrotnie ucieka, zarówno fizycznie, jak i psychicznie: od życia i stygmatu córki grabarza, od próbującej nawrócić i wychować ją nauczycielki. Ucieka wraz z małym synkiem od brutalnego męża, goniąc z miasteczka do miasteczka, z hotelu do hotelu, starając się nie przywiązać do nikogo i nie mówić nic o sobie. Ucieka od rodzinnego nazwiska Schwart i od nazwiska Tignor, po mężu, nazwiska, z którego była tak dumna... Przywłaszcza sobie inne nazwisko, które przypadkowo zapamiętuje w jednej z wielu dramatycznych chwil jej życia.

Bycie dziewczynką to coś w rodzaju rany – tego nauczyła się i to zapamiętała na całe życie mała Rebeka. Ten kobieco-zwierzęcy instynkt przetrwania opierał się na kilku prostych zasadach, przekazanych jej przez matkę i ojca: jesteś dziewczynką, jeszcze coś ci się stanie; nie włócz się po drodze! Trzymaj się z daleka od ludzi, których nie znasz! I nie chodź nad kanał, dziewczynkom mogą przydarzać się różne rzeczy; uważaj na mężczyzn, oni zawsze krzywdzą; nie sprzeciwiaj się swojemu mężowi, nie budź jego zazdrości; chroń swoje dziecko; jeśli nie dajesz rady – uciekaj.

Rebeka zrywa z rolą ofiary, ucieka z synkiem od męża, zmienia swoją tożsamość, przybiera nie tylko inne nazwisko, ale i nakłada maskę, ukrywając swoją przeszłość, kreuje inną siebie. Kieruje karierą synka, skutecznie zacierając ślady przeszłości. Rany jednak nigdy do końca nie zostaną zabliźnione, bohaterka nigdy nie będzie już sobą, niemożliwe jest całkowite unicestwienie dawnej Rebeki.

Przy okazji zebrałam powracające w twórczości Oates motywy:

-          wykorzystywanie kobiet w pracy w fabryce, w okresie żarłocznego, raczkującego kapitalizmu. W Córce grabarza opisane jest małe, przemysłowe miasteczko na południu stanu Nowy Jork, koło Buffalo. Oates tworzy przejmujący obraz pracy kobiet w fabryce, przy taśmie montażowej; opisuje ich śmiertelne znużenie, otępienie. Każdy kolejny dzień w Niagara Tubing nie różnił się niczym od tamtego pierwszego: te same emocje, hałas, duchota. To samo nieruchome powietrze, cuchnące spalonym włóknem. Człowiek przyzwyczajał się do hałasu, znieczulając się na niego, upodabniając do sparaliżowanej kończyny. Żadnej samotności. Żadnej prywatności.  Od smrodu, od hałasu, od wściekłego tempa myślała, że zwariuje: w maszynach, w fabrycznym piekle, toczyło się obce, dzikie życie, które naśladowało rozedrgany rytm prawdziwego życia. I to niby-zycie dławiło żywe serce i żywy mózg.;

-          krajobraz przemysłowy, kanały, niszczenie środowiska, skażona woda na cmentarzu, ściekająca do studni, brudny kanał śmierdzący siarką; brzydota zatrutego przez ludzi środowiska i stworzonego przez ludzi krajobrazu (most, kanał, chatka koło cmentarza);

-          motyw krzywdzenia, wykorzystywania kobiety przez mężczyzn: przez ojca, przez męża. Tingor, mąż Rebeki, to typ zaborczy, patologicznie zazdrosny, bez stałych środków do życia, otoczony tajemnicą, prowadzący podwójne życie; z biegiem czasu staje się coraz bardziej agresywny. Kobiety w książkach Oates (tu Rebeka) narażone są na przemoc nie tylko rodzinną, ale też generalnie ocierają się o świat brutalności i gwałtu (na początku książki Rebeka styka się z seryjnym mordercą – genialna, mroczna scena). Kobiety są jednak na to przygotowane na to, jak się uratować, jeśli nadejdzie ich pora, wiedzą co robić, gdy jakiś facet będzie szedł za nią wzdłuż kanału;

-          bezradność kobiet wobec agresji mężczyzn; kobiety nie mają innego wyboru poza odcięciem się, zerwaniem związku, ucieczką, zatarciem śladów;

-          fascynacja brzydotą, która budzi strach, fizycznością. J.C.O pisze o Jakubie: był człowiekiem podobnym do trolla. Niczym stworzenie, które wypełzło z ziemi, lekko przygarbiony, wykrzywiony, z głowa wykręconą pod nienaturalnym kątem, przez co sprawiał wrażenie, jakby przyglądał się światu z podejrzliwością, z boku;

-          geograficzne umiejscowienie powieści: stan Nowy Jork, małe miasteczka w północnych stanach USA; znów pojawia się Niagara Falls – często powtarzająca się sceneria (patrz: powieść Wodospad);

-          podkreślanie cielesności kobiet, jej fizycznej natury, ale także jej psychicznej kruchości. Jakub wyobrażał sobie kobiety, jako istoty słabsze, nieprzewidywalne, wierzył, że kobietą może zawładnąć demon (dybuk);

-          jednoczesny strach i podziw dla przemocy, tu: dla nazistowskiej filozofii władzy; pogarda dla słabości. Pogmatwana natura Jakuba, który jednocześnie gardzi słabością Żydów, ale także nienawidzi swoich prześladowców  - tak samo nazistów, jak i Amerykanów. Rebeka z kolei w głębi duszy gardziła słabością kobiet. Budziła w niej wstyd, rozwścieczała ją. Ta odwieczna słabość kobiet, słabość jej matki, Anny Schwart, słabość podbitej rasy.

Proza Oates wzbudza wielkie emocje: ze ściśniętym gardłem śledziłam losy Rebeki, zwłaszcza w pierwszej, moim zdaniem o wiele lepszej, części książki. Oates doskonale buduje napięcie, pozwalając w pełni poczuć zmiany, które zachodzą w Rebece. Śledziłam przemianę bohaterki powieści od bezradnej dziewczynki, pokojówki, pracownicy fabryki, sprzedawczyni w sklepie z płytami do .... spadkobierczymi fortuny Gallagherów.

Od Córki grabarza trudno było mi się oderwać, pisarka jest mistrzynią narracji. Słowa nie przygniatają, można docierać o warstwę głębiej, doszukać się wielu ukrytych znaczeń. Przez dłuższy czas chodziła za mną np. niejednoznaczna, pełna sprzeczności postać Jakuba i niesamowity, pierwszy rozdział książki – samotny powrót Rebeki do domu po całodziennej pracy w fabryce, droga wzdłuż kanału. J.C.O. znakomicie buduje klimat narastającego napięcia, gdy okazuje się, że za młodą kobietą idzie nieznajomy w charakterystycznym kapeluszu.... Taki niepokojący klimat utrzymuje się przez większą część książki, potem jakby opada, a fabuła staje się bardziej przewidywalna, nieco banalna. Mimo wszystko polecam – to kawał dobrej literatury. Ciekawa jestem, jaki jest wasz odbiór ksiązek Oates.

Moja ocena: 5/6

P.S.

Wracam do społeczności blogowiczów po długiej nieobecności. Trudne to były chwile. Niestety, książka nie może być lekiem na wszystko...

 
1 , 2 , 3 , 4
Aktualnie czytam